środa, 12 września 2018

13.

*teraźniejszość*

Na popołudniowej sesji wyrzucam z siebie ciężar urojonych wydarzeń i jakoś tak mi lżej. Ustalamy z Hugo plan moich sesji terapeutycznych, które mają mi pomóc wrócić do zdrowia. Na sporządzonej przez niego liście znajduje się spotkanie z Ericiem i Ravenem. Muszę po pierwsze przyjąć do świadomości, że Czeski żyje, a po drugie przekonać się, że Craft wcale nie jest zły i nigdy mnie nie skrzywdził.

- No dobrze. Możesz iść na kolację. Trafisz? - pyta, odkładając moją dokumentację na bok.

- Tak. - odpowiadam i wstaję. - Chyba tak. - dodaję i zatrzymuję się przy drzwiach. - Jeszcze raz dziękuję. - uśmiecham się do niego i naciskam klamkę. - Pamiętaj o moich rzeczach, okay? - dodaję i wychodzę.

Kieruję się długim, blado-białym korytarzem aż do starych, betonowych schodów. Zatrzymuję się na chwilę, nim stawiam kolejny krok. Schody prowadzą na parter, gdzie jest stołówka dla tych 'bezpiecznych wariatów'. Biorę tacę i kieruje się do okienka. Dostaję na plastikowym talerzu składniki na kanapkę i herbatę w plastikowym kubku. Do tego plastikowe sztućce. Rzeczywiście muszą tu dbać o bezpieczeństwo pacjentów, chociaż zupełnie nie pomyśleli, że nawet tą plastikową zastawą można zrobić sobie krzywdę np. wbić sobie łyżeczkę w oko. Siadam przy jedynym pustym stoliku i kładę sobie na kromkę chleba masło, sałatę i szynkę i zaczynam jeść. Wpatruję się tępo przed siebie, przeżuwając kawałek po kawałku, aż wszystko znika z talerza. Wypijam herbatę i odnoszę tacę do okienka. Wracam na korytarz, aby udać się schodami na swoje piętro, do swojego 'pokoju', gdy nagle zauważam jak dwóch psycholi bije się pod ścianą.

- Można się przyłączyć? - pytam, nie myśląc nad tym co robię.

- Oszalałeś! Ty!? Takie chuchro!? Nigdy! - jeden z nich śmieje mi się prosto w twarz i popycha mnie.

Upadam, uderzając głową o stopień schodów. Czuję, że świat wokół mnie wiruje, nim nastaje całkowita ciemność.



Pierwsze co widzę, gdy budzę się w swoim łóżku to światło latarki Hugo.

- Co się stało? - pytam, podnosząc się nieco.

- Uderzyłeś się w głowę. - odpiera Pimentel, notując coś w mojej karcie pacjenta. - Co Cię wzięło, żeby bić się z tymi ludźmi? Chyba o tym rozmawialiśmy, że to tylko może pogorszyć sprawę. - kontynuuje, patrząc na mnie surowym spojrzeniem.

- Będę grzeczny. Obiecuję. - kładę rękę na sercu i posyłam mu niewinny uśmiech.

- Mam nadzieję. - odpiera i wstaje. - Odpoczywaj. Dzisiaj przyjdzie do Ciebie Rena. Macie chyba sobie sporo do wyjaśnienia. - dodaje i wychodzi.

Kładę się wygodnie na poduszkach i wpatruję w sufit. Czekam aż moja ukochana Re zjawi się u mnie.



Nie wiem nawet, która jest godzina, gdy drzwi ponownie się otwierają.

- Rena czeka. Chcesz iść do niej, czy ona ma przyjść tu? - oznajmia Hugo.

- Niech przyjdzie. Jeszcze trochę boli mnie głowa. - odpowiadam i siadam na łóżku, oparty o ścianę.

W międzyczasie, kiedy Pimentel idzie po Renę, poprawiam swoje ubranie i włosy. Muszę wyglądać fatalnie, jak z resztą się czuję.

- Cześć Robbie. - Rena podchodzi do mnie, gdy Hugo zamyka drzwi. Tym samym daje mi znać, że mam z nią szczerze porozmawiać.

- Cześć Re. - klepię miejsce obok siebie.

- Musimy sobie trochę wyjaśnić, nie? - zaczyna, chwytając moją dłoń w swoją.

- Tak, musimy. - zgadzam się z nią. - Zacznijmy od tego, co łączy Cię z Ashtonem...

- Nic. To tylko kumpel ze studia. Wiesz doskonale, że nigdy, ale to nigdy, bym Cię nie zdradziła, a już na pewno nie z nim. - odpowiada, a ja uśmiecham się. Tylko tyle potrzebowałem od niej usłyszeć.

- Dobrze wiedzieć. Mogę być spokojny, że mi Cię nie odbierze. - cmokam ją w policzek.

- A co z nami, Robbie? - mówi, kładąc na swój brzuch moją dłoń.

- Damy radę. Jak tylko mnie stąd wypuszczą, weźmiemy ślub. Będzie idealnie, Re. - całuję ją w lekko widoczny brzuszek.

- Mam nadzieję. - szepta, podnosząc moją głowę. - Kocham Cię. - wpija się w moje usta z taką siłą, aż oboje leżymy na moim łóżku.

Przyciągam ją bliżej do siebie i odwzajemniam pocałunek. Wsuwam ręce pod jej bluzkę. Jak zwykle nie ma na sobie stanika. Muskam palcami dłoni jej ciepłe ciało ukryte pod warstwą zbędnego materiału przez chwilę, a potem decyduję się ściągnąć z niej tą koszulkę. Zaczynam obcałowywać każdy jej milimetr. Ma tak miękką skórę...

- Jesteś pewien, że powinniśmy? - pyta Re, na co tylko przytakuję głową. 
Ukochana nic już nie mówi, tylko zdejmuje ze mnie szpitalną koszulę. Całujemy się bez opamiętania, nie przerywając nawet, po to aby zdjąć z siebie resztę ubrań. Robimy to bez patrzenia, zadurzeni w sobie do reszty. Teraz liczy się tylko moja mała weganka.

wtorek, 11 września 2018

12.

*teraźniejszość*
Otwieram oczy, kilkakrotnie mrugając. Powoli podnoszę się do pozycji siedzącej i zauważam otaczające mnie blado-białe ściany. Spoglądam na swoje ręce i zauważam kilka siniaków na zgięciu lewej. Chwytam za materiał okrywający moje ciało i odkrywam, że to zwykła szpitalna, biała koszula nocna.
Zaraz...
Szpitalna!?
Zrywam się z łóżka, zupełnie nie czując bólu w nodze, na której nie mam już nawet gipsu. Podbiegam do okna i spostrzegam się, że są w nich kraty. Rzucam się w stronę drzwi i zaczynam walić w nie pięściami. W mgnieniu oka otwierają się, a przede mną staje lekarz w białym kitlu.
- Proszę się uspokoić, panie Picker. - chwyta mnie za dłonie i prowadzi z powrotem w stronę łóżka. Sadza mnie na nim i rozpina guziki od koszuli. Ściąga z szyi stetoskop, wkłada jedną stronę do uszu, a drugą przykłada mi do klatki piersiowej. - Proszę głęboko oddychać. - zarządza, a ja nabieram powietrze otwartymi ustami. - Dobrze, bicie serca nieco przyspieszone, ale to normalne po tym zastrzyku co dostałeś... - mówi, ponownie zawieszając stetoskop na szyi. - Pokaż mi oczy. - prosi, wyciągając z kieszeni latarkę. Jedną dłonią trzyma mnie za podbródek, drugą świeci po oczach.
- Chyba wystarczy. - oznajmiam zaciskając powieki. Drażni mnie to, co on robi.
- Nadwrażliwość na światło... Hmm... Będę musiał porozmawiać z innymi specjalistami o twoim przypadku. - stwierdza i rzuca mi ostre spojrzenie. - Wrócę później. - kieruje się do wyjścia.
- Mogę się o coś zapytać? - odzywam się, gdy trzyma już rękę na drzwiach.
Odwraca się twarzą do mnie i spogląda zaciekawiony. No tak, jakie pytania może mieć psychol.
- Oczywiście. Odpowiem, jeśli będę umiał. - odpiera i z niecierpliwością stuka palcami w futrynę.
- Jak długo tu jestem? - pytam.
- Dwa tygodnie. Zabraliśmy Cię z twojego rodzinnego domu w Torrance. Dostałeś niezły napad szału w środku nocy. - odpowiada, sprawdzając w papierach, czy aby na pewno tak było.
- Dwa tygodnie... - powtarzam i wzdycham.
Przed oczyma przelatują mi obrazy scen od mojego wyjazdu z Torrance, przez wypadek z Ashtonem, odwiedziny u Reny w areszcie, nocy u Ravena i zjawienia się Erica w moim studiu.
To wszystko nigdy nie miało miejsca.
Nigdy.
Może i opuściłem Torrance, ale nie tak jak pamiętam.
Dla pewności zadaję jeszcze dwa pytania lekarzowi:
- Co robiłem przez ten czas? Czy ktoś mnie odwiedził?
- Zupełnie nie kontaktowałeś. Gadałeś nie od rzeczy, krzyczałeś, rzucałeś się... - wymienia przez chwilę. Szukam odzwierciedlenia tego w tym co wykreowała dla mnie moja zrąbana psychika. - Odwiedziła Cię twoja dziewczyna Rena i przyjaciel Eric. Jednego razu, gdy ona była, wpadłeś w szał i nie chciałeś iść do swojego pokoju. Dotkliwie pobiłeś pielęgniarza... A gdy przyszedł Eric... Krzyczałeś, że on nie żyje i chowałeś się pod stolik. Musieliśmy dać Ci zastrzyk. Spałeś aż do teraz. - kończy swoją wypowiedź i znów odwraca się do drzwi.
- Dziękuję. - szeptam i spuszczam wzrok. - Nie wiem jak tyle ze mną wytrzymujecie... Jestem okropny... I pewnie nigdy nie wyzdrowieję... Dajcie mi następnym razem umrzeć, okay?
- Daj spokój, Robbie. - zwraca się do mnie po imieniu. - Wyzdrowiejesz. Wróciłeś do nas, to najważniejsze. Teraz już będzie tylko lepiej. Masz dla kogo wyzdrowieć i żyć. Twoja dziewczyna spodziewa się dziecka, chyba o tym wiesz, prawda? - siada obok mnie i obejmuje ramieniem.
- Wiem, ale nie wiem czy ona będzie chciała takiego psychola jak ja... - ocieram łzy spod oczu i spoglądam na niego. Dopiero teraz zauważam, że wygląda zupełnie jak mój dawny kumpel Hugo Pimentel.
- Będzie chciała. Kocha Cię jak cholera i codziennie przesiadywała przy Tobie całe dnie, z czułością gładząc twoją dłoń i twarz, głaszcząc Cię po włosach... Przyniosła Ci nawet zdjęcie USG, ale pewnie nie pamiętasz. Niedługo pewnie znów przyjdzie, to porozmawiacie. - pociesza mnie.
- Hugo... Dziękuję. - odzywam się i mocno do niego przytulam.
- Poznałeś mnie? Tyle lat, a Ty dalej pamiętasz... - uśmiecha się do mnie serdecznie.
- Nie mógłbym zapomnieć. Byłeś w tym drugim wymiarze... Moich wyobrażeniach. Sam nie wiem jak nazwać ten cały odjazd... - wyznaję.
- My to wszystko klasyfikujemy jako zaburzenia psychiczne. Twój przypadek jest akurat wyjątkowo ciężki. Ale nie trać nadziei, wszystko będzie dobrze. - mówi i wstaje. - Opowiesz mi co tam się wydarzyło na popołudniowej sesji, okay?
- Okay. - zgadzam się. - A kiedy odzyskam normalne ubrania i telefon? - pytam, na co on wybucha śmiechem.
- Niebawem, Robbie. Niebawem. Załatwię Ci to, obiecuję. - kładzie rękę na sercu, ciągle się śmiejąc.
Gdy znika za drzwiami, siadam wygodniej i zaczynam jeszcze raz oglądać swoje ręce. Nakłucia do żył zdobią całe zgięcie lewej ręki. Oprócz kilku siniaków i otarć na nogach nic więcej nie zauważam. Tatuaże są w nienaruszonym stanie, więc pewnie Hugo dobrze się tym zajął. Pimentel doskonale wie, ile one dla mnie znaczą. 

Jeszcze tego popołudnia udaję się na sesję. Siadamy z Hugo w specjalnym pokoju. Zaczynam mu opowiadać całą historię od mojego pobytu w Torrance.

poniedziałek, 10 września 2018

11.

Cholerny ból nogi wyrywa mnie ze snu. Mrużąc oczy zerkam na zegarek na moim nadgarstku. Jest dopiero 5:30. Mimo bólu obracam się na bok z zamiarem przytulania się do Reny, lecz zamiast niej na poduszce obok napotykam umięśnione ciało Ravena. Zrywam się z łóżka z krzykiem. Obrazy minionego wieczoru przemykają mi przed oczami. Czuję, że robi mi się słabo, więc chwytam się stojącej obok szafki. Hugo wpada do sypialni Crafta.
- Wszystko okay? - pyta, próbując coś dostrzec w ciemności.
- Nic nie jest okay. Znajdź moje rzeczy i mi pomóż. Zabierz mnie stąd! - proszę, masując bolącą nogę.
Pimentel nie pyta się o nic więcej, tylko zaczyna zbierać moje rzeczy z podłogi. Zabiera mnie do toalety i pomaga się ubrać. Opuszczamy po cichu apartament Ravena. Hugo dopiero w aucie zaczyna dociekać co się wydarzyło.
- To głupio zabrzmi, Hugo. - odpieram i biorę głęboki wdech. - Jakby to powiedzieć... Raven mnie wykorzystał. - wyznaję.
- Co!? Jak!? - jest zaskoczony.
- Sam nie wiem jak. Chciałem z nim pogadać, a on zaczął się do mnie dobierać. Przypiął mnie do łóżka, zobacz. - wskazuję na otarcia na nadgarstkach. - To było takie okropne. Zmusił mnie, żebym... Żebym... - zająkuję się. - Żebym mu... Mu... Obciągnął. - z trudem wypowiadam ostatnie słowo. - A potem... - zaciskam powieki, aby się nie rozpłakać. Na samo wspomnienie znów zaczyna mnie boleć poniżej pasa.
- A potem Cię p**prz*ł. - Hugo kończy za mnie. - Naprawdę Ci współczuję, Robbie. Przepraszam, że Ci nie pomogłem, ale nawet Cię nie słyszałem. Nie wiem co było w tym deserze. - dodaje i posyła mi spojrzenie smutnego szczeniaka.
- Nie obwiniaj się Hugo... Może to nawet lepiej... Może Tobie też zrobiłby krzywdę, gdybyś się zjawił... Nie wiń się, Hugo. - uśmiecham się do niego i odwracam wzrok w drugą stronę. Obserwuję widoki za oknem, aby już nie wracać do tego okropnego epizodu w moim życiu.
- Chyba powinienem coś Ci wyznać... - głos Hugo przerywa panującą od kilku minut ciszę.
Spoglądam zaciekawiony w jego stronę.
- To coś związanego z Ravenem, tak? - pytam, poprawiając się na miejscu pasażera.
- Tak. Z Ravenem. - odpowiada i zatrzymuje samochód pod moim domem. - Nim wysiądziesz, chciałbym Ci przekazać, że nie jesteś w tym wszystkim sam, Robbie. Mnie kiedyś Raven też wykorzystał. Niewiele z tego pamiętam, bo wcześniej mnie upił... - wyznaje, a ja zaczynam analizować całą sytuację jeszcze raz.
Richard Wayne Scott obmyślił idealny schemat działania. Najpierw zaprasza kumpli do swojego apartamentu i ich upija, a potem wykorzystuje. Nigdy nie podejrzewałem, że jest zdolny do czegoś takiego. Zawsze uważałem go za 100% hetero mężczyznę, a nie zboczoną od normy wersję bi.
- Dziękuję, że mnie wspierasz i jesteś ze mną szczery. - kładę swoją dłoń na jego spoczywającą na desce rozdzielczej samochodu. - Do jutra, Hugo. Dzięki za podwózkę. - uśmiecham się lekko do niego i wysiadam.
Wchodzę do domu. Bez Reny to miejsce jest takie chłodne, aż nie chcę się tu przebywać. Oby Re szybko wróciła i zapełniła tą pustkę.

Cały dzień tracę na dojście do siebie po ostatnich wydarzeniach. Gdy kolejnego ranka wstaję, aby wyłączyć budzik, rzeczywistość znów mnie dobija, ale mimo to zaczynam szykować się do pracy. W studiu czeka na mnie EP do skończenia. Udaję się do tego wielkiego, przeszklonego budynku wytwórni i zamykam się w swoim studiu. Siedzę ze słuchawkami na uszach i odsłuchuję przygotowany do tej pory materiał, gdy nagle drzwi uchylają się. Chwilę potem przede mną staje Eric jak żywy. Zsuwam słuchawki i wpatruję się w niego zszokowany.
- Cześć Robbie. - mówi i podchodzi bliżej.
- Ty nie żyjesz! Nie żyjesz! - odsuwam się na krześle. - Nie żyjesz! - zsuwam się pod biurko i kulę się ze strachu.
- O czym Ty mówisz, Robbie. Wszystko dobrze? - pyta, spoglądając z góry na mnie.
- N-n-n-ie ż-ż-ży-żyjesz... - jąkam się i chowam twarz w dłonie. - N-n-n-nie ma C-c-c-cię t-t-t-u...
- Bredzisz. Może zawołam lekarza? - proponuje.
- N-n-nie le-e-e-ka-a-a-rza-a-a... - protestuję i zwijam się jeszcze bardziej. - T-t-ty-y-y n-n-n-i-i-e-e ż-ży-y-y-je-e-esz...
- Chyba jednak lekarz będzie potrzebny. - oznajmia i znika.
Gdy tylko słyszę dźwięk zamykanych drzwi, wyglądam lekko nad biurkiem. Nikogo nie ma. To tylko zwykłe przewidzenie. Erica tu nie było.
Biorę kilka głębokich wdechów i zrywam się z miejsca. Wybiegam na korytarz, gdzie wpadam prosto na doktora. Fvck. Zaczynam się mu wyrywać, ale wtedy zjawia się dwóch pielęgniarzy, którzy powalają mnie na ziemię i przytrzymują.
- Panie Picker, dostanie pan teraz zastrzyk. Zaśnie pan, a kiedy się obudzi będzie lepiej. - mówi, zakładając rękawiczki. 
Jeden z pielęgniarzy chwyta moją dłoń i podciąga do góry rękaw. Czuję jak lekarz wbija mi igłę. Chwilę później oczy same mi się zamykają i zasypiam.

niedziela, 9 września 2018

10.

Jeśli jesteś wrażliwy, odpuść końcówkę rozdziału 

Gdy film dobiega końca, zauważam, że Hugo śpi. Raven wstaje z kanapy i idzie do kuchni.
- Chcesz coś zjeść? - pyta, a ja kiwam głową na tak. - To samo? - dopytuje, a ja ponownie przytakuję.
Chwilę potem siedzimy we dwoje w kuchni i zjadamy drożdże z jabłkami i cukrem.
- Wiesz o czym myślę? Myślę o tym, jakby wyglądało moje życie, gdybym nie pojechał do Torrance i nie zostawił Reny... Czy Eric jeszcze by żył? Czuję się cholernie winny tego. - mówię i biorę kęs do buzi.
- Nie obwiniaj się, Robbie. Nie mogłeś wiedzieć, że tak się stanie. - odpiera.
- Wiem, ale to nie jest łatwe. Znaliśmy się od dzieciństwa. - kontynuuję. - Czeski zawsze był przy mnie, gdy tego potrzebowałem. Dał mi dach nad głową, pomagał w pracy... Wiele dla mnie zrobił i będzie mi go brakować...
- Masz mnie i masz Hugo. Będziemy Cię wspierać, Robbie. - chwyta mnie za kolano. Czuję się z tym nieswojo.
- Dzięki. - rzucam i wstaję od stołu. Popierając się szafki, idę do zmywarki i wkładam do niej miskę. - Obudzę Hugo. Jest późno i marzę tylko o tym, by iść spać. - dodaję, zabieram swoje kule i ruszam do salonu.
- Przecież możesz zostać tutaj. Rano Hugo Cię odwiezie, co Ty na to? - proponuje Raven, idąc za mną.
- Dzięki, ale nie chcę się narzucać. - odpowiadam, a on w tym momencie łapie mnie za rękę.
- Nie narzucasz się, Robbie, kumplu. Zostań. - mówi, patrząc mi w oczy.
- Okay. Zostanę. - zgadzam się, licząc, że przestanie na mnie patrzeć tym przeraźliwym spojrzeniem, ale on dalej to robi.
- Chodź, nie będziesz spał na kanapie z tą nogą. - rusza w stronę jednego z pokoi.
Szybkim ruchem otwiera drzwi i wpuszcza mnie do środka.
- Dziękuję. - szeptam i siadam na łóżku.
- Nie ma za co. Śpij dobrze. - cmoka mnie w czoło i wychodzi.
Kładę się wygodnie na poduszkach, a oczy same mi się zamykają, gdy nagle drzwi znów się otwierają.
- Pomyślałem sobie, że może będziesz rano potrzebował czegoś do picia. - oznajmia Raven i stawia szklankę z przeźroczystą cieczą na biurku. - Jakby co, będę w pokoju obok. - dodaje i wychodzi.
Leżę przez chwilę w ciszy, wpatrując się w szklankę. Gdy przez dłuższy czas moje powieki nie opadają, a zmęczenie jakoś odchodzi, gramolę się w z łóżka i idę do Ravena. Zastaję go stojącego zupełnie nago przy plakacie roznegliżowanej kobiety. Całe szczęście tyłem do drzwi.
- Raven? - mówię, a on podskakuje.
- Robbie? Myślałem, że śpisz. Wystraszyłeś mnie. - mówi, odwracając się do mnie. Jedną ręką zakrywa się w kroku, a drugą trzyma na wysokości serca. Do tego jeszcze ta teatralna mina.
- Chciałem pogadać, ale widzę, że przeszkadzam. To... To lepiej ja już pójdę. - stwierdzam i chwytam za klamkę.
- Nie przeszkadzasz... Właściwie... - milknie na chwilę i bierze głęboki wdech. - Właściwie to mi się przydasz. - wyciąga ręce w moją stronę, odsłaniając teraz już zupełnie wszystko.
- Niby do czego? - pytam, osłaniając oczy dłonią.
- No... Powiedzmy, że do czegoś nietypowego. Zgadzasz się? - zabiera dłoń z moich oczu.
- Eee... Okay? - odpieram, niepewien, czy to dobra decyzja.
- W takim razie... Najpierw się rozbierz. - mówi, a ja spoglądam na niego zaskoczony.
- Ale po co? - dopytuję.
- Zaraz zobaczysz. - odpowiada tajemniczo i rozpina pasek od moich spodni. - Nie bądź już taki wstydliwy, Robbie. Ta weganka nie raz Ci pewnie obciągnęła, to co się kumpla wstydzisz. - dodaje i ściąga mi spodnie.
- Nie 'ta weganka' tylko Rena, to po pierwsze. Po drugie, to źle brzmi. I po trzecie, Rena jest moją przyszłą żoną, kobietą, więc to co innego. - oburzam się i zatrzymuję jego dłoń, sięgającą do moich bokserek. - Nie Raven. Nie zrobię tego. - odsuwam się od niego.
- Tylko tak mówisz, Robbie. Zaraz zmienisz zdanie. - przybliża się do mnie i wpija się w moje usta.
Czuję jak jego ciało napiera na mnie. Dotykam plecami ściany.
- Raven, proszę nie! - protestuję, ale on jest ode mnie silniejszy.
- Będzie fajnie, zobaczysz. - rzuca i przyciąga mnie do siebie.
Nie podoba mi się to.
Domyślam się co wydarzy się za chwilę.
- Chodź kochanie. - mówi i pcha mnie na łóżko.
Opadam na miękki materac, a Raven pochyla się nade mną. Widzę jego przebiegłe spojrzenie i zadowolony uśmiech.
- Proszę, przestań... - szeptam, ale Craft nic sobie z tego nie robi.
Przygniatając mnie ciężarem ciała do łóżka, wyciąga z szafki stojącej obok kajdanki i przypina mi ręce. Pewnie, żebym nie uciekł. 
- To teraz się zabawmy, Robertcie Jamesie Picker. - ponownie wpija się w moje usta.

sobota, 8 września 2018

9.

Hugo zatrzymuje się przed apartamentowcem, w którym Raven ma swoje mieszkanie na 5 piętrze. Wysiadamy i kierujemy się do wejścia. Pimentel bez problemu otwiera drzwi frontowe i kieruje się w stronę wind. Nim staję obok niego, wielka, przeszklona winda czeka już na nas. Gdy oboje już jesteśmy w środku, Hugo wciska przycisk z numerem 5 i ruszamy w górę. Chwilę potem kierujemy się już długim korytarzem aż do drzwi Ravena. Jest na nich napisane złotymi literami 'Scott' od jego prawdziwego nazwiska. Raven otwiera nam drzwi bez koszulki, przeczesując włosy.
- Chodźcie. - wpuszcza nas i zaklucza drzwi. - Sorry za bałagan, ale wczoraj była ostra impreza. Mamy nowy rodzaj upijania się bez alkoholu... - opowiada zbierając z podłogi plastikowe naczynia. - Czemu nie wpadliście?
- Ja byłem w szpitalu. Mały wypadek. - wskazuję na swoją nogę i opadam na sofę.
- Ja pracowałem. Wiesz, nie każdego utrzymują bogaci rodzice... - odpiera Hugo i zagląda do barku. - Pusto tu masz... - popycham drzwiczki, które zamykają się z hukiem. Widocznie to dość kiepskie meble.
- Ale mam coś lepszego. Zaraz Wam przygotuję. - ubiera czarną bluzkę i idzie do kuchni. Wyciąga trzy miski, sztućce i coś z lodówki. - Chyba możesz, Robbie? Nie masz leków, nie? - pyta się, wychylając się przez wyspę kuchenną.
- Nie biorę. I mam cholerną ochotę zapomnieć co się stało. Czeski nie żyje, Rena jest w areszcie i do tego jeszcze ten cały wypadek... Mam dość na ten tydzień. - odpowiadam i wyciągam telefon.
'3 nieodebrane połączenia od: mama'
No tak, miałem do niej zadzwonić kiedy wyjdę ze szpitala. Ma zamiar się mną opiekować, mimo iż tego nie potrzebuję.
'Hugo mnie odebrał ze szpitala. Jesteśmy u Ravena. Nie martw się. Dam sobie radę. O Renie pogadamy potem, okay?' wystukuję i klikam wyślij.
Blokuję telefon i chowam do kieszeni. Chwilę później przychodzi Raven z miseczkami.
- Z początku może wydawać się obrzydliwe, ale efekt jest niezły. - podaje każdemu z nas 'deser'.
Spoglądam na to przelotnie i nie jestem zbytnio przekonany. Wygląda jak jakaś papa, posypana czymś dziwnym i cukrem, z kawałkiem jabłka na górze. Wącham zawartość i kręcę nosem. Zapach też ma nie najlepszy.
Podnoszę wzrok na Ravena, który zajada się w najlepsze i Hugo, który zaczyna przyspieszać z każdą łyżeczką.
- Co jest Robbie? Czemu nie jesz? Przecież to nie jest żadna trucizna... To tylko mus z jabłek i drożdży, posypany pokruszonymi drożdżami i cukrem, z jabłkiem u góry do dekoracji. - wyjaśnia, a mi na samą myśl, że mam to zjeść jest niedobrze. - Może i obrzydliwe, ale pomyśl sobie o procesie fermentacji, który zachodzi między drożdżami i cukrem prostym z jabłek... W organizmie powstanie alkohol i będziesz czuł się jakbyś się napił. To taka tańsza opcja nachlania się aby zapomnieć. - dodaje.
Spoglądam niepewnie na trzymaną w ręce miseczkę i na Ravena, po czym ośmielam się to zjeść. Z początku się krzywię, ale po chwili smak przestaje mi przeszkadzać. Opróżniam zawartość naczynia do końca i odstawiam je na stół. Rozsiadam się wygodniej na kanapie i uśmiecham do chłopaków.
- A za ile będę się czuł jak pijany? - pytam, chociaż wiem, że to już się dzieje.
- U każdego jest inaczej... Ale nie zbyt długo. Przy takiej ilości... - oznajmia i zabiera naczynia do kuchni i wstawia do zmywarki. Wraca do nas i włącza telewizor. - Czas teraz na jakiś ostry film! - mówi z ekscytacją w głosie i przełącza pilotem zwykłą telewizję na internetową. - To co? Horror? Wiem, wiem, masz Renę, dlatego nie proponuję tego drugiego. - dodaje, znacząco poruszając brwiami.
- Nie no spoko. Chyba nawet zajęty facet może oglądać. - stwierdzam i zabieram mu pilota. - Ja coś wybiorę. 
Po przejrzeniu listy dostępnych filmów, włączam "Dziewczynę z tatuażem". Sporo przeklinania i seksu, ale raz, nie zawsze, nie?

piątek, 7 września 2018

8.

Gdy następnego dnia czuję się lepiej, proszę pielęgniarkę, aby zaprowadziła mnie do Ashtona. Gdy tylko wchodzę do sali, chcę już z niej wyjść. Jeżeli noga i ręką w gipsie oraz cała twarz z ranach to niewielkie urazy, to nie wiem. Irwin śpi podłączony do kilku maszyn, a na stojaku obok oprócz kroplówki jest też worek z krwią. To wszystko to moja wina. Siadam obok niego i wpatruję w ciszy. Dostrzegam kilka mniejszych zadrapań na jego twarzy oraz kilka siniaków i otarć na niezagipsowanej ręce. Ash po chwili otwiera oczy i patrzy na mnie, przenikliwym i pytającym spojrzeniem.
- Kim jesteś? Nie znam Cię, Robbie. - pyta słabym głosem.
Dopiero teraz zauważam opatrunek na jego głowie. Musiał uderzyć się o kierownicę.
- Jestem chłopakiem twojej przyjaciółki. Naprawdę nie pamiętasz? - odpowiadam.
- Żartuję przecież, Picker. - rzuca i podnosi się. - Głowa mnie napieprza... Potrzebuję tabletki. Mogę prosić? - wskazuje wzrokiem przycisk przy łóżku.
Wciskam go i po chwili w sali zjawia się pielęgniarka. Ta sama co mnie przyprowadziła.
- Jakiś problem? - wchodzi do sali i patrzy na nas.
- Głowa mnie boli. Potrzebuję tabletkę. - powtarza Ashton.
- Spytam się lekarza i zaraz wracam. - znika za drzwiami.
- Spytam lekarza... - przedrzeźnia ją. - Głupie babsko. Jak tylko wrócę do domu to, to sobie odbiję. - rzuca i kładzie się z powrotem. - Przyjdź później, okay? Naprawdę nie jestem w stanie na rozmowy. - prosi, więc wstaję.
- To do później. - oznajmiam i idę do swojej sali, kuśtykając z powodu gipsu.
Jakie to szczęście, że leżymy na tym samym piętrze i nie mam daleko.
Siadam na łóżku i biorę głęboki wdech. Zmęczyłem się nieco. Opadam delikatnie na poduszki i zamykam oczy, przywołując na myśl Renę. Cholernie za nią tęsknię.

Ze szpitala zostaję wypisany dopiero po pięciu dniach z powodu nagłego i silnego bólu głowy trzy dni temu. Wciągam powietrze głęboko w płuca i ruszam w stronę samochodu Hugo. Pimentel jest moim kumplem od dawna, kiedy jeszcze grałem w Addington.
- Siema fiker! Co znów nabroiłeś? - pyta ze śmiechem, kiedy niezgrabnie wsiadam do auta z powodu gipsu i trzymanych kuli.
- To nie jest zabawne, Hugo. - odburkuję i odwracam wzrok w przeciwną stronę.
- Sorry, Robbie. - rzuca i rusza z parkingu. - A teraz tak na poważnie, co się stało?
- Mieliśmy wypadek, kiedy jechaliśmy na komisariat. Rena zabiła Erica. - odpieram i spoglądam na niego.
- Niemożliwe... - mówi, a jego słowo zawisa w powietrzu. On nic więcej nie dodaje, ja nie wiem co powiedzieć. Zapada cisza, którą zagłusza tylko praca silnika.
- Możesz mnie zawieźć do Reny? Zapewne jest w areszcie. - proszę go.
- Okay, ale potem pojedziesz ze mną do Ravena. - zgadza się i skręca w kolejną uliczkę.
- Niech będzie. Ale podrzucisz mnie potem do domu? - wpatruję się w niego.
- O ile mnie nie zirytujesz. - rzuca i przyspiesza.
Kilkanaście minut później zatrzymujemy się pod budynkiem policji. Dziękuję chłopakowi, zabieram swoje kule i idę do środka. Zatrzymuję się przy ladzie, gdzie siedzi jeden z policjantów.
- Przepraszam, ale chciałbym się dowiedzieć co z moją dziewczyną Pyreną Morze Enea. - pytam, opierając się o mebel.
- Nie mogę udzielić panu informacji, gdyż nie jest pan z rodziny. - odburkuje i wraca do lektury gazety.
- Jestem jej chłopakiem i ojcem jej dziecka, to już rodziną. Może nie w świetle prawa, ale rodziną. - oburzam się. - Jeśli nie chce mi pan nic powiedzieć, to dowiem się w inny sposób. - ruszam w głąb.
Doskonale wiem gdzie jest tutaj areszt, gdyż nie raz tu byłem, kiedy za ostro zabalowaliśmy z chłopakami. Eric nigdy z nami nie chodził, ale Hugo i Raven imprezowali naprawdę często. Można powiedzieć, że alkohol i panienki to była ich codzienność dopóki nie mieliśmy wypadku. Prowadził akurat Raven. Żadne z nas poważnie nie ucierpiało, ale rodzice odcięli dopływ gotówki. A potem po prostu dorosnęliśmy.
Docieram do końca korytarza, gdzie znajdują się wielkie drzwi z napisem "ARESZT". Korzystając ze szpary, wchodzę do środka. Rozglądam się na boki, aż wreszcie dostrzegam Renę. Siedzi skulona pod ścianą w najdalszej celi.
- Kochanie! - opieram kule o kraty i sam łapię się ich.
- Robbie! - podnosi się i podchodzi do mnie. Kładzie swoje dłonie na moich.
- Re, powiedz mi tylko jedno, kochanie... Zabiłaś Erica? - pytam, bo tylko to chcę widzieć, bo tylko w to nie wierzę.
- Nie zabiłam Erica! Czemu tak myślisz!? Ashton Ci to powiedział!? - krzyczy, odchodząc nieco w głąb celi. - Nie ufaj mu, proszę... - odwraca się do mnie z łzami w oczach. - On chce nas rozdzielić... Nie pozwól mu... I zabierz nas do domu, kochanie... - mówi, gładząc się po lekko już widocznym brzuszku. Czemu wcześniej go nie zauważałem? Nie wiem.
- Wyciągnę Cię, obiecuję. Kocham Cię Re. - przybliżam się jeszcze bardziej do oddzielających nas krat, a Re robi to samo. Nasze wargi spotykają się przez krótki ułamek sekundy, nim nie zostaję odciągnięty przez strażnika.
- Wychodzisz! Nie masz uprawnień, aby tu przebywać! - popycha mnie w stronę drzwi, aż upadam na kolana. Dopiero co wyszedłem ze szpitala ze złamaną nogą. Krzywię się w bólu. - Wstawaj i wynoś się! - ciągnie mnie za kaptur od bluzy i wpycha w dłonie kule.
- Wyciągnę Cię, obiecuję. - powtarzam i wychodzę.
Załamany wsiadam do samochodu Hugo.
- Co się stało? - pyta odpalając silnik.
- Nieważne. Liczy się tylko to co mi powiedziała. Muszę ją stąd wyciągnąć. - odpieram i zapinam pas. 
Kolejny przystanek po drodze do mojego domu to mieszkanie Ravena.

czwartek, 6 września 2018

7.

Zostawiam auto w garażu i wchodzę do domu. W salonie zastaję Ashtona, który siedzi na kanapie i chowa twarz w dłoniach. Gdy słyszy moje kroki, podnosi wzrok.
- Robbie, dobrze, że jesteś. - oznajmia i wskazuje na miejsce koło siebie.
Siadam obok niego i patrzę wyczekująco.
- Wiem, że nie wygląda to dobrze i pewnie myślisz, że Rena zdradza Cię ze mną, ale tak nie jest. Poprosiła abym przyjechał. W życiu nie spodziewałbym się co tu zastanę. Obcy, dość wysoki i dobrze zbudowany facet leżał zakrwawiony na podłodze, a obok niego nóż. Re siedziała na szafce wystraszona i szlochała. Przytuliłem ją mocno i spytałem co się stało. Wyznała mi, że przyszedł do niej i jej ubliżał, a gdy ona się mu postawiła i spoliczkowała, rzucił się na nią. Chciał ją zgwałcić, ale ona wbiła mu nóż w klatkę piersiową. Sąsiedzi zaniepokojeni hałasem wezwali policję, która niedługo później przyjechała i zabrała ją na komisariat. Odpowie za zabójstwo, Robbie! - potrząsa mną.
- To niemożliwe... Muszę się z nią zobaczyć! - zrywam się z miejsca, ale Ashton chwyta mnie za nadgarstek.
- Nie możesz, Robbie. Nikogo nie wpuszczają do niej. - mówi.
- Ale ja muszę. - odpieram i wyzwalam rękę z jego ścisku.
Ruszam do drzwi, a on za mną.
- Pojadę z Tobą. Też się o nią martwię. - rzuca i wychodzi ze mną.
Prowadzi mnie do swojego samochodu, widząc w jakim jestem stanie. Ruszamy powoli w kierunku komisariatu, gdy odzywa się znowu.
- Muszę powiedzieć Ci coś jeszcze... - milknie i bierze głęboki wdech. - Rena zabiła Erica. - wyznaje.
- Ee-Erica? - jestem zszokowany.
Moja dziewczyna zabiła mojego przyjaciela. To niemożliwe...
- No tak, tego fotografa. - odpowiada i gwałtownie hamuje. - Jak jeździsz idioto! - krzyczy i uderza w klakson.-Dupek. - burczy pod nosem i rusza dalej.
- Eric był moim przyjacielem... Nie mógł jej tego zrobić! A ona nie mogła go zabić! - oburzam się.
Eric i Rena może i niezbyt się lubili, ale nie do takiego stopnia. Czeski jeszcze namawiał mnie na ślub z nią, pomógł w wyborze pierścionka... Niemożliwe.
- Nie wiem czy mówiła prawdę, ale komu mam wierzyć? Tylko ona wie jak było, bo on nie żyje. - rzuca, niby od niechcenia. Pewnie ma już dość mojego gadania.
Nie odpowiadam już nic. W głowie słyszę tylko słowa "Rena zabiła Erica" i "On nie żyje". Zamykam oczy, próbując nie myśleć o tym wszystkim, ale przypomina mi się widok Czeskiego, kiedy próbował się zabić. Odganiam od siebie to wspomnienie i zaczynam wpatrywać się w mijane otoczenie za oknem. Czuję, że robi mi się gorąco. Nie mogę oddychać. Głowa bezwiednie opada na szybę. Ostatnim co słyszę nim nastaje zupełna ciemność jest przerażony głos Irwina.

Otwieram oczy i widzę biały sufit. Słyszę pikanie stojących obok maszyn.
- Dzień dobry panie Picker. - lekarz staje nade mną i zaczyna osłuchiwać. - Miał pan wypadek. Pana kolega jest w innej sali. Nie doznał poważnych urazów. - dodaje, a ja patrzę na niego zaskoczony.
- W-w-wypadek? - pytam niedowierzając. Ostatnie co pamiętam to moment kiedy Ashton powiedział mi o śmierci Erica.
- Tak wypadek. Kierowca z auta jadącego za Wami wezwał pomoc. Pana kolega podobno gwałtownie skręcił i uderzył w drzewo, a potem szybko wyciągnął nieprzytomnego pana z miejsca pasażera. Na szczęście wypadek nie był groźny i jedynie złamał pan nogę. - wyjaśnia.
Próbuję przypomnieć sobie tą sytuację, ale mam pustkę w pamięci. Na myśl przychodzi mi jednak Rena i to co się stało wcześniej.
- Doktorze, mogę się o coś spytać? - podnoszę się lekko na łóżku.
- Oczywiście, panie Picker, ale najpierw skończę badanie. - mówi i ogląda zagipsowaną nogę. Pewnie po to, aby sprawdzić czy nie puchnie pod.
Zapisuje coś w mojej karcie pacjenta i chowa długopis do kieszeni.
- Pana stan jest dobry. Za jakieś dwa, trzy dni wróci pan do domu, a na zdjęcie gipsu wstawi się pan za jakieś trzy tygodnie. - informuje mnie.
- Dlaczego nie mogę wyjść dziś? Moja dziewczyna mnie potrzebuje... - pochmurnieje, ale gdy widzę jego spojrzenie dodaję "W sumie trzy dni to nie najgorzej".
- To dobrze. O co chciał się pan pytać, panie Picker? - mówi, patrząc na zegarek.
- Przywieziono dziś młodego mężczyznę? - pytam, czym wprawiam go w zakłopotanie. Oczywiście, zapomniałem, że mają wiele pacjentów. - Martwego. - dodaję. - Eric Malczewski się nazywał.
- Nie mogę udzielić panu takiej informacji, chyba, że jest pan kimś z rodziny. - odpiera oschle. - A wygląda na to, że nie jest pan. Do widzenia. - wychodzi, zostawiając mnie samego. 
Ze złością opadam na poduszkę. Czy świat musi być aż taki zły?