*teraźniejszość*
Na popołudniowej sesji wyrzucam z siebie ciężar urojonych wydarzeń i jakoś tak mi lżej. Ustalamy z
Hugo plan moich sesji terapeutycznych, które mają mi pomóc wrócić do zdrowia.
Na sporządzonej przez niego liście znajduje się spotkanie z Ericiem i Ravenem.
Muszę po pierwsze przyjąć do świadomości, że Czeski żyje, a po drugie przekonać
się, że Craft wcale nie jest zły i nigdy mnie nie skrzywdził.
- No dobrze. Możesz
iść na kolację. Trafisz? - pyta, odkładając moją dokumentację na bok.
- Tak. - odpowiadam i
wstaję. - Chyba tak. - dodaję i zatrzymuję się przy drzwiach. - Jeszcze raz
dziękuję. - uśmiecham się do niego i naciskam klamkę. - Pamiętaj o moich
rzeczach, okay? - dodaję i wychodzę.
Kieruję się długim,
blado-białym korytarzem aż do starych, betonowych schodów. Zatrzymuję się na
chwilę, nim stawiam kolejny krok. Schody prowadzą na parter, gdzie jest
stołówka dla tych 'bezpiecznych wariatów'. Biorę tacę i kieruje się do okienka.
Dostaję na plastikowym talerzu składniki na kanapkę i herbatę w plastikowym kubku.
Do tego plastikowe sztućce. Rzeczywiście muszą tu dbać o bezpieczeństwo
pacjentów, chociaż zupełnie nie pomyśleli, że nawet tą plastikową zastawą można
zrobić sobie krzywdę np. wbić sobie łyżeczkę w oko. Siadam przy jedynym pustym
stoliku i kładę sobie na kromkę chleba masło, sałatę i szynkę i zaczynam jeść.
Wpatruję się tępo przed siebie, przeżuwając kawałek po kawałku, aż wszystko
znika z talerza. Wypijam herbatę i odnoszę tacę do okienka. Wracam na korytarz,
aby udać się schodami na swoje piętro, do swojego 'pokoju', gdy nagle zauważam
jak dwóch psycholi bije się pod ścianą.
- Można się
przyłączyć? - pytam, nie myśląc nad tym co robię.
- Oszalałeś! Ty!?
Takie chuchro!? Nigdy! - jeden z nich śmieje mi się prosto w twarz i popycha
mnie.
Upadam, uderzając
głową o stopień schodów. Czuję, że świat wokół mnie wiruje, nim nastaje
całkowita ciemność.
Pierwsze co widzę,
gdy budzę się w swoim łóżku to światło latarki Hugo.
- Co się stało? -
pytam, podnosząc się nieco.
- Uderzyłeś się w
głowę. - odpiera Pimentel, notując coś w mojej karcie pacjenta. - Co Cię
wzięło, żeby bić się z tymi ludźmi? Chyba o tym rozmawialiśmy, że to tylko może
pogorszyć sprawę. - kontynuuje, patrząc na mnie surowym spojrzeniem.
- Będę grzeczny.
Obiecuję. - kładę rękę na sercu i posyłam mu niewinny uśmiech.
- Mam nadzieję. -
odpiera i wstaje. - Odpoczywaj. Dzisiaj przyjdzie do Ciebie Rena. Macie chyba
sobie sporo do wyjaśnienia. - dodaje i wychodzi.
Kładę się wygodnie na
poduszkach i wpatruję w sufit. Czekam aż moja ukochana Re zjawi się u mnie.
Nie wiem nawet, która
jest godzina, gdy drzwi ponownie się otwierają.
- Rena czeka. Chcesz
iść do niej, czy ona ma przyjść tu? - oznajmia Hugo.
- Niech przyjdzie.
Jeszcze trochę boli mnie głowa. - odpowiadam i siadam na łóżku, oparty o
ścianę.
W międzyczasie, kiedy
Pimentel idzie po Renę, poprawiam swoje ubranie i włosy. Muszę wyglądać
fatalnie, jak z resztą się czuję.
- Cześć Robbie. -
Rena podchodzi do mnie, gdy Hugo zamyka drzwi. Tym samym daje mi znać, że mam z
nią szczerze porozmawiać.
- Cześć Re. - klepię
miejsce obok siebie.
- Musimy sobie trochę
wyjaśnić, nie? - zaczyna, chwytając moją dłoń w swoją.
- Tak, musimy. -
zgadzam się z nią. - Zacznijmy od tego, co łączy Cię z Ashtonem...
- Nic. To tylko
kumpel ze studia. Wiesz doskonale, że nigdy, ale to nigdy, bym Cię nie
zdradziła, a już na pewno nie z nim. - odpowiada, a ja uśmiecham się. Tylko
tyle potrzebowałem od niej usłyszeć.
- Dobrze wiedzieć.
Mogę być spokojny, że mi Cię nie odbierze. - cmokam ją w policzek.
- A co z nami,
Robbie? - mówi, kładąc na swój brzuch moją dłoń.
- Damy radę. Jak
tylko mnie stąd wypuszczą, weźmiemy ślub. Będzie idealnie, Re. - całuję ją w
lekko widoczny brzuszek.
- Mam nadzieję. -
szepta, podnosząc moją głowę. - Kocham Cię. - wpija się w moje usta z taką
siłą, aż oboje leżymy na moim łóżku.
Przyciągam ją bliżej
do siebie i odwzajemniam pocałunek. Wsuwam ręce pod jej bluzkę. Jak zwykle nie
ma na sobie stanika. Muskam palcami dłoni jej ciepłe ciało ukryte pod warstwą
zbędnego materiału przez chwilę, a potem decyduję się ściągnąć z niej tą
koszulkę. Zaczynam obcałowywać każdy jej milimetr. Ma tak miękką skórę...
- Jesteś pewien, że
powinniśmy? - pyta Re, na co tylko przytakuję głową.
Ukochana nic już nie
mówi, tylko zdejmuje ze mnie szpitalną koszulę. Całujemy się bez opamiętania,
nie przerywając nawet, po to aby zdjąć z siebie resztę ubrań. Robimy to bez
patrzenia, zadurzeni w sobie do reszty. Teraz liczy się tylko moja mała
weganka.
"Mogę się przyłączyć?" - przebiło wszystko 😂
OdpowiedzUsuńFajnie, że wszystko powoli się wyjaśnia...
Pozdrawiam i do jutra