środa, 12 września 2018

13.

*teraźniejszość*

Na popołudniowej sesji wyrzucam z siebie ciężar urojonych wydarzeń i jakoś tak mi lżej. Ustalamy z Hugo plan moich sesji terapeutycznych, które mają mi pomóc wrócić do zdrowia. Na sporządzonej przez niego liście znajduje się spotkanie z Ericiem i Ravenem. Muszę po pierwsze przyjąć do świadomości, że Czeski żyje, a po drugie przekonać się, że Craft wcale nie jest zły i nigdy mnie nie skrzywdził.

- No dobrze. Możesz iść na kolację. Trafisz? - pyta, odkładając moją dokumentację na bok.

- Tak. - odpowiadam i wstaję. - Chyba tak. - dodaję i zatrzymuję się przy drzwiach. - Jeszcze raz dziękuję. - uśmiecham się do niego i naciskam klamkę. - Pamiętaj o moich rzeczach, okay? - dodaję i wychodzę.

Kieruję się długim, blado-białym korytarzem aż do starych, betonowych schodów. Zatrzymuję się na chwilę, nim stawiam kolejny krok. Schody prowadzą na parter, gdzie jest stołówka dla tych 'bezpiecznych wariatów'. Biorę tacę i kieruje się do okienka. Dostaję na plastikowym talerzu składniki na kanapkę i herbatę w plastikowym kubku. Do tego plastikowe sztućce. Rzeczywiście muszą tu dbać o bezpieczeństwo pacjentów, chociaż zupełnie nie pomyśleli, że nawet tą plastikową zastawą można zrobić sobie krzywdę np. wbić sobie łyżeczkę w oko. Siadam przy jedynym pustym stoliku i kładę sobie na kromkę chleba masło, sałatę i szynkę i zaczynam jeść. Wpatruję się tępo przed siebie, przeżuwając kawałek po kawałku, aż wszystko znika z talerza. Wypijam herbatę i odnoszę tacę do okienka. Wracam na korytarz, aby udać się schodami na swoje piętro, do swojego 'pokoju', gdy nagle zauważam jak dwóch psycholi bije się pod ścianą.

- Można się przyłączyć? - pytam, nie myśląc nad tym co robię.

- Oszalałeś! Ty!? Takie chuchro!? Nigdy! - jeden z nich śmieje mi się prosto w twarz i popycha mnie.

Upadam, uderzając głową o stopień schodów. Czuję, że świat wokół mnie wiruje, nim nastaje całkowita ciemność.



Pierwsze co widzę, gdy budzę się w swoim łóżku to światło latarki Hugo.

- Co się stało? - pytam, podnosząc się nieco.

- Uderzyłeś się w głowę. - odpiera Pimentel, notując coś w mojej karcie pacjenta. - Co Cię wzięło, żeby bić się z tymi ludźmi? Chyba o tym rozmawialiśmy, że to tylko może pogorszyć sprawę. - kontynuuje, patrząc na mnie surowym spojrzeniem.

- Będę grzeczny. Obiecuję. - kładę rękę na sercu i posyłam mu niewinny uśmiech.

- Mam nadzieję. - odpiera i wstaje. - Odpoczywaj. Dzisiaj przyjdzie do Ciebie Rena. Macie chyba sobie sporo do wyjaśnienia. - dodaje i wychodzi.

Kładę się wygodnie na poduszkach i wpatruję w sufit. Czekam aż moja ukochana Re zjawi się u mnie.



Nie wiem nawet, która jest godzina, gdy drzwi ponownie się otwierają.

- Rena czeka. Chcesz iść do niej, czy ona ma przyjść tu? - oznajmia Hugo.

- Niech przyjdzie. Jeszcze trochę boli mnie głowa. - odpowiadam i siadam na łóżku, oparty o ścianę.

W międzyczasie, kiedy Pimentel idzie po Renę, poprawiam swoje ubranie i włosy. Muszę wyglądać fatalnie, jak z resztą się czuję.

- Cześć Robbie. - Rena podchodzi do mnie, gdy Hugo zamyka drzwi. Tym samym daje mi znać, że mam z nią szczerze porozmawiać.

- Cześć Re. - klepię miejsce obok siebie.

- Musimy sobie trochę wyjaśnić, nie? - zaczyna, chwytając moją dłoń w swoją.

- Tak, musimy. - zgadzam się z nią. - Zacznijmy od tego, co łączy Cię z Ashtonem...

- Nic. To tylko kumpel ze studia. Wiesz doskonale, że nigdy, ale to nigdy, bym Cię nie zdradziła, a już na pewno nie z nim. - odpowiada, a ja uśmiecham się. Tylko tyle potrzebowałem od niej usłyszeć.

- Dobrze wiedzieć. Mogę być spokojny, że mi Cię nie odbierze. - cmokam ją w policzek.

- A co z nami, Robbie? - mówi, kładąc na swój brzuch moją dłoń.

- Damy radę. Jak tylko mnie stąd wypuszczą, weźmiemy ślub. Będzie idealnie, Re. - całuję ją w lekko widoczny brzuszek.

- Mam nadzieję. - szepta, podnosząc moją głowę. - Kocham Cię. - wpija się w moje usta z taką siłą, aż oboje leżymy na moim łóżku.

Przyciągam ją bliżej do siebie i odwzajemniam pocałunek. Wsuwam ręce pod jej bluzkę. Jak zwykle nie ma na sobie stanika. Muskam palcami dłoni jej ciepłe ciało ukryte pod warstwą zbędnego materiału przez chwilę, a potem decyduję się ściągnąć z niej tą koszulkę. Zaczynam obcałowywać każdy jej milimetr. Ma tak miękką skórę...

- Jesteś pewien, że powinniśmy? - pyta Re, na co tylko przytakuję głową. 
Ukochana nic już nie mówi, tylko zdejmuje ze mnie szpitalną koszulę. Całujemy się bez opamiętania, nie przerywając nawet, po to aby zdjąć z siebie resztę ubrań. Robimy to bez patrzenia, zadurzeni w sobie do reszty. Teraz liczy się tylko moja mała weganka.

1 komentarz:

  1. "Mogę się przyłączyć?" - przebiło wszystko 😂
    Fajnie, że wszystko powoli się wyjaśnia...
    Pozdrawiam i do jutra

    OdpowiedzUsuń