Gdy następnego dnia
czuję się lepiej, proszę pielęgniarkę, aby zaprowadziła mnie do Ashtona. Gdy
tylko wchodzę do sali, chcę już z niej wyjść. Jeżeli noga i ręką w gipsie oraz
cała twarz z ranach to niewielkie urazy, to nie wiem. Irwin śpi podłączony do
kilku maszyn, a na stojaku obok oprócz kroplówki jest też worek z krwią. To
wszystko to moja wina. Siadam obok niego i wpatruję w ciszy. Dostrzegam kilka
mniejszych zadrapań na jego twarzy oraz kilka siniaków i otarć na
niezagipsowanej ręce. Ash po chwili otwiera oczy i patrzy na mnie, przenikliwym
i pytającym spojrzeniem.
- Kim jesteś? Nie
znam Cię, Robbie. - pyta słabym głosem.
Dopiero teraz
zauważam opatrunek na jego głowie. Musiał uderzyć się o kierownicę.
- Jestem chłopakiem
twojej przyjaciółki. Naprawdę nie pamiętasz? - odpowiadam.
- Żartuję przecież,
Picker. - rzuca i podnosi się. - Głowa mnie napieprza... Potrzebuję tabletki.
Mogę prosić? - wskazuje wzrokiem przycisk przy łóżku.
Wciskam go i po
chwili w sali zjawia się pielęgniarka. Ta sama co mnie przyprowadziła.
- Jakiś problem? -
wchodzi do sali i patrzy na nas.
- Głowa mnie boli.
Potrzebuję tabletkę. - powtarza Ashton.
- Spytam się lekarza
i zaraz wracam. - znika za drzwiami.
- Spytam lekarza... -
przedrzeźnia ją. - Głupie babsko. Jak tylko wrócę do domu to, to sobie odbiję.
- rzuca i kładzie się z powrotem. - Przyjdź później, okay? Naprawdę nie jestem
w stanie na rozmowy. - prosi, więc wstaję.
- To do później. -
oznajmiam i idę do swojej sali, kuśtykając z powodu gipsu.
Jakie to szczęście,
że leżymy na tym samym piętrze i nie mam daleko.
Siadam na łóżku i
biorę głęboki wdech. Zmęczyłem się nieco. Opadam delikatnie na poduszki i
zamykam oczy, przywołując na myśl Renę. Cholernie za nią tęsknię.
Ze szpitala zostaję
wypisany dopiero po pięciu dniach z powodu nagłego i silnego bólu głowy trzy
dni temu. Wciągam powietrze głęboko w płuca i ruszam w stronę samochodu Hugo.
Pimentel jest moim kumplem od dawna, kiedy jeszcze grałem w Addington.
- Siema fiker! Co
znów nabroiłeś? - pyta ze śmiechem, kiedy niezgrabnie wsiadam do auta z powodu
gipsu i trzymanych kuli.
- To nie jest
zabawne, Hugo. - odburkuję i odwracam wzrok w przeciwną stronę.
- Sorry, Robbie. -
rzuca i rusza z parkingu. - A teraz tak na poważnie, co się stało?
- Mieliśmy wypadek,
kiedy jechaliśmy na komisariat. Rena zabiła Erica. - odpieram i spoglądam na
niego.
- Niemożliwe... -
mówi, a jego słowo zawisa w powietrzu. On nic więcej nie dodaje, ja nie wiem co
powiedzieć. Zapada cisza, którą zagłusza tylko praca silnika.
- Możesz mnie zawieźć
do Reny? Zapewne jest w areszcie. - proszę go.
- Okay, ale potem
pojedziesz ze mną do Ravena. - zgadza się i skręca w kolejną uliczkę.
- Niech będzie. Ale
podrzucisz mnie potem do domu? - wpatruję się w niego.
- O ile mnie nie
zirytujesz. - rzuca i przyspiesza.
Kilkanaście minut
później zatrzymujemy się pod budynkiem policji. Dziękuję chłopakowi, zabieram
swoje kule i idę do środka. Zatrzymuję się przy ladzie, gdzie siedzi jeden z
policjantów.
- Przepraszam, ale
chciałbym się dowiedzieć co z moją dziewczyną Pyreną Morze Enea. - pytam,
opierając się o mebel.
- Nie mogę udzielić
panu informacji, gdyż nie jest pan z rodziny. - odburkuje i wraca do lektury
gazety.
- Jestem jej
chłopakiem i ojcem jej dziecka, to już rodziną. Może nie w świetle prawa, ale
rodziną. - oburzam się. - Jeśli nie chce mi pan nic powiedzieć, to dowiem się w
inny sposób. - ruszam w głąb.
Doskonale wiem gdzie
jest tutaj areszt, gdyż nie raz tu byłem, kiedy za ostro zabalowaliśmy z
chłopakami. Eric nigdy z nami nie chodził, ale Hugo i Raven imprezowali
naprawdę często. Można powiedzieć, że alkohol i panienki to była ich codzienność
dopóki nie mieliśmy wypadku. Prowadził akurat Raven. Żadne z nas poważnie nie
ucierpiało, ale rodzice odcięli dopływ gotówki. A potem po prostu dorosnęliśmy.
Docieram do końca
korytarza, gdzie znajdują się wielkie drzwi z napisem "ARESZT".
Korzystając ze szpary, wchodzę do środka. Rozglądam się na boki, aż wreszcie
dostrzegam Renę. Siedzi skulona pod ścianą w najdalszej celi.
- Kochanie! - opieram
kule o kraty i sam łapię się ich.
- Robbie! - podnosi
się i podchodzi do mnie. Kładzie swoje dłonie na moich.
- Re, powiedz mi
tylko jedno, kochanie... Zabiłaś Erica? - pytam, bo tylko to chcę widzieć, bo
tylko w to nie wierzę.
- Nie zabiłam Erica!
Czemu tak myślisz!? Ashton Ci to powiedział!? - krzyczy, odchodząc nieco w głąb
celi. - Nie ufaj mu, proszę... - odwraca się do mnie z łzami w oczach. - On
chce nas rozdzielić... Nie pozwól mu... I zabierz nas do domu, kochanie... -
mówi, gładząc się po lekko już widocznym brzuszku. Czemu wcześniej go nie
zauważałem? Nie wiem.
- Wyciągnę Cię,
obiecuję. Kocham Cię Re. - przybliżam się jeszcze bardziej do oddzielających
nas krat, a Re robi to samo. Nasze wargi spotykają się przez krótki ułamek
sekundy, nim nie zostaję odciągnięty przez strażnika.
- Wychodzisz! Nie
masz uprawnień, aby tu przebywać! - popycha mnie w stronę drzwi, aż upadam na
kolana. Dopiero co wyszedłem ze szpitala ze złamaną nogą. Krzywię się w bólu. -
Wstawaj i wynoś się! - ciągnie mnie za kaptur od bluzy i wpycha w dłonie kule.
- Wyciągnę Cię,
obiecuję. - powtarzam i wychodzę.
Załamany wsiadam do
samochodu Hugo.
- Co się stało? -
pyta odpalając silnik.
- Nieważne. Liczy się
tylko to co mi powiedziała. Muszę ją stąd wyciągnąć. - odpieram i zapinam pas.
Kolejny przystanek po
drodze do mojego domu to mieszkanie Ravena.
To się dopiero zacznie dziać...
OdpowiedzUsuńCzekam z niecierpliwością!
Pozdrawiam :)