Zostawiam auto w
garażu i wchodzę do domu. W salonie zastaję Ashtona, który siedzi na kanapie i
chowa twarz w dłoniach. Gdy słyszy moje kroki, podnosi wzrok.
- Robbie, dobrze, że
jesteś. - oznajmia i wskazuje na miejsce koło siebie.
Siadam obok niego i
patrzę wyczekująco.
- Wiem, że nie
wygląda to dobrze i pewnie myślisz, że Rena zdradza Cię ze mną, ale tak nie
jest. Poprosiła abym przyjechał. W życiu nie spodziewałbym się co tu zastanę.
Obcy, dość wysoki i dobrze zbudowany facet leżał zakrwawiony na podłodze, a
obok niego nóż. Re siedziała na szafce wystraszona i szlochała. Przytuliłem ją
mocno i spytałem co się stało. Wyznała mi, że przyszedł do niej i jej ubliżał,
a gdy ona się mu postawiła i spoliczkowała, rzucił się na nią. Chciał ją
zgwałcić, ale ona wbiła mu nóż w klatkę piersiową. Sąsiedzi zaniepokojeni
hałasem wezwali policję, która niedługo później przyjechała i zabrała ją na
komisariat. Odpowie za zabójstwo, Robbie! - potrząsa mną.
- To niemożliwe...
Muszę się z nią zobaczyć! - zrywam się z miejsca, ale Ashton chwyta mnie za
nadgarstek.
- Nie możesz, Robbie.
Nikogo nie wpuszczają do niej. - mówi.
- Ale ja muszę. -
odpieram i wyzwalam rękę z jego ścisku.
Ruszam do drzwi, a on
za mną.
- Pojadę z Tobą. Też
się o nią martwię. - rzuca i wychodzi ze mną.
Prowadzi mnie do
swojego samochodu, widząc w jakim jestem stanie. Ruszamy powoli w kierunku
komisariatu, gdy odzywa się znowu.
- Muszę powiedzieć Ci
coś jeszcze... - milknie i bierze głęboki wdech. - Rena zabiła Erica. -
wyznaje.
- Ee-Erica? - jestem
zszokowany.
Moja dziewczyna
zabiła mojego przyjaciela. To niemożliwe...
- No tak, tego
fotografa. - odpowiada i gwałtownie hamuje. - Jak jeździsz idioto! - krzyczy i
uderza w klakson.-Dupek. - burczy pod nosem i rusza dalej.
- Eric był moim
przyjacielem... Nie mógł jej tego zrobić! A ona nie mogła go zabić! - oburzam
się.
Eric i Rena może i
niezbyt się lubili, ale nie do takiego stopnia. Czeski jeszcze namawiał mnie na
ślub z nią, pomógł w wyborze pierścionka... Niemożliwe.
- Nie wiem czy mówiła
prawdę, ale komu mam wierzyć? Tylko ona wie jak było, bo on nie żyje. - rzuca,
niby od niechcenia. Pewnie ma już dość mojego gadania.
Nie odpowiadam już
nic. W głowie słyszę tylko słowa "Rena
zabiła Erica" i "On nie
żyje". Zamykam oczy, próbując nie myśleć o tym wszystkim, ale
przypomina mi się widok Czeskiego, kiedy próbował się zabić. Odganiam od siebie
to wspomnienie i zaczynam wpatrywać się w mijane otoczenie za oknem. Czuję, że
robi mi się gorąco. Nie mogę oddychać. Głowa bezwiednie opada na szybę.
Ostatnim co słyszę nim nastaje zupełna ciemność jest przerażony głos Irwina.
Otwieram oczy i widzę
biały sufit. Słyszę pikanie stojących obok maszyn.
- Dzień dobry panie
Picker. - lekarz staje nade mną i zaczyna osłuchiwać. - Miał pan wypadek. Pana
kolega jest w innej sali. Nie doznał poważnych urazów. - dodaje, a ja patrzę na
niego zaskoczony.
- W-w-wypadek? -
pytam niedowierzając. Ostatnie co pamiętam to moment kiedy Ashton powiedział mi
o śmierci Erica.
- Tak wypadek.
Kierowca z auta jadącego za Wami wezwał pomoc. Pana kolega podobno gwałtownie
skręcił i uderzył w drzewo, a potem szybko wyciągnął nieprzytomnego pana z
miejsca pasażera. Na szczęście wypadek nie był groźny i jedynie złamał pan
nogę. - wyjaśnia.
Próbuję przypomnieć sobie
tą sytuację, ale mam pustkę w pamięci. Na myśl przychodzi mi jednak Rena i to
co się stało wcześniej.
- Doktorze, mogę się
o coś spytać? - podnoszę się lekko na łóżku.
- Oczywiście, panie
Picker, ale najpierw skończę badanie. - mówi i ogląda zagipsowaną nogę. Pewnie
po to, aby sprawdzić czy nie puchnie pod.
Zapisuje coś w mojej
karcie pacjenta i chowa długopis do kieszeni.
- Pana stan jest
dobry. Za jakieś dwa, trzy dni wróci pan do domu, a na zdjęcie gipsu wstawi się
pan za jakieś trzy tygodnie. - informuje mnie.
- Dlaczego nie mogę
wyjść dziś? Moja dziewczyna mnie potrzebuje... - pochmurnieje, ale gdy widzę
jego spojrzenie dodaję "W sumie trzy
dni to nie najgorzej".
- To dobrze. O co
chciał się pan pytać, panie Picker? - mówi, patrząc na zegarek.
- Przywieziono dziś
młodego mężczyznę? - pytam, czym wprawiam go w zakłopotanie. Oczywiście,
zapomniałem, że mają wiele pacjentów. - Martwego. - dodaję. - Eric Malczewski
się nazywał.
- Nie mogę udzielić
panu takiej informacji, chyba, że jest pan kimś z rodziny. - odpiera oschle. -
A wygląda na to, że nie jest pan. Do widzenia. - wychodzi, zostawiając mnie
samego.
Ze złością opadam na
poduszkę. Czy świat musi być aż taki zły?
O nie!!! Mój ulubiony Eric! ;_;
OdpowiedzUsuńCzekam co dalej...
Niech posadzą tę Renę na dożywocie!
Buziaki :*