Cholerny ból nogi
wyrywa mnie ze snu. Mrużąc oczy zerkam na zegarek na moim nadgarstku. Jest
dopiero 5:30. Mimo bólu obracam się na bok z zamiarem przytulania się do Reny,
lecz zamiast niej na poduszce obok napotykam umięśnione ciało Ravena. Zrywam
się z łóżka z krzykiem. Obrazy minionego wieczoru przemykają mi przed oczami.
Czuję, że robi mi się słabo, więc chwytam się stojącej obok szafki. Hugo wpada
do sypialni Crafta.
- Wszystko okay? -
pyta, próbując coś dostrzec w ciemności.
- Nic nie jest okay.
Znajdź moje rzeczy i mi pomóż. Zabierz mnie stąd! - proszę, masując bolącą
nogę.
Pimentel nie pyta się
o nic więcej, tylko zaczyna zbierać moje rzeczy z podłogi. Zabiera mnie do
toalety i pomaga się ubrać. Opuszczamy po cichu apartament Ravena. Hugo dopiero
w aucie zaczyna dociekać co się wydarzyło.
- To głupio zabrzmi,
Hugo. - odpieram i biorę głęboki wdech. - Jakby to powiedzieć... Raven mnie
wykorzystał. - wyznaję.
- Co!? Jak!? - jest
zaskoczony.
- Sam nie wiem jak.
Chciałem z nim pogadać, a on zaczął się do mnie dobierać. Przypiął mnie do
łóżka, zobacz. - wskazuję na otarcia na nadgarstkach. - To było takie okropne.
Zmusił mnie, żebym... Żebym... - zająkuję się. - Żebym mu... Mu... Obciągnął. -
z trudem wypowiadam ostatnie słowo. - A potem... - zaciskam powieki, aby się
nie rozpłakać. Na samo wspomnienie znów zaczyna mnie boleć poniżej pasa.
- A potem Cię
p**prz*ł. - Hugo kończy za mnie. - Naprawdę Ci współczuję, Robbie. Przepraszam,
że Ci nie pomogłem, ale nawet Cię nie słyszałem. Nie wiem co było w tym
deserze. - dodaje i posyła mi spojrzenie smutnego szczeniaka.
- Nie obwiniaj się
Hugo... Może to nawet lepiej... Może Tobie też zrobiłby krzywdę, gdybyś się
zjawił... Nie wiń się, Hugo. - uśmiecham się do niego i odwracam wzrok w drugą
stronę. Obserwuję widoki za oknem, aby już nie wracać do tego okropnego epizodu
w moim życiu.
- Chyba powinienem
coś Ci wyznać... - głos Hugo przerywa panującą od kilku minut ciszę.
Spoglądam
zaciekawiony w jego stronę.
- To coś związanego z
Ravenem, tak? - pytam, poprawiając się na miejscu pasażera.
- Tak. Z Ravenem. -
odpowiada i zatrzymuje samochód pod moim domem. - Nim wysiądziesz, chciałbym Ci
przekazać, że nie jesteś w tym wszystkim sam, Robbie. Mnie kiedyś Raven też
wykorzystał. Niewiele z tego pamiętam, bo wcześniej mnie upił... - wyznaje, a
ja zaczynam analizować całą sytuację jeszcze raz.
Richard Wayne Scott
obmyślił idealny schemat działania. Najpierw zaprasza kumpli do swojego
apartamentu i ich upija, a potem wykorzystuje. Nigdy nie podejrzewałem, że jest
zdolny do czegoś takiego. Zawsze uważałem go za 100% hetero mężczyznę, a nie
zboczoną od normy wersję bi.
- Dziękuję, że mnie
wspierasz i jesteś ze mną szczery. - kładę swoją dłoń na jego spoczywającą na
desce rozdzielczej samochodu. - Do jutra, Hugo. Dzięki za podwózkę. - uśmiecham
się lekko do niego i wysiadam.
Wchodzę do domu. Bez
Reny to miejsce jest takie chłodne, aż nie chcę się tu przebywać. Oby Re szybko
wróciła i zapełniła tą pustkę.
Cały dzień tracę na
dojście do siebie po ostatnich wydarzeniach. Gdy kolejnego ranka wstaję, aby
wyłączyć budzik, rzeczywistość znów mnie dobija, ale mimo to zaczynam szykować
się do pracy. W studiu czeka na mnie EP do skończenia. Udaję się do tego
wielkiego, przeszklonego budynku wytwórni i zamykam się w swoim studiu. Siedzę
ze słuchawkami na uszach i odsłuchuję przygotowany do tej pory materiał, gdy
nagle drzwi uchylają się. Chwilę potem przede mną staje Eric jak żywy. Zsuwam
słuchawki i wpatruję się w niego zszokowany.
- Cześć Robbie. -
mówi i podchodzi bliżej.
- Ty nie żyjesz! Nie
żyjesz! - odsuwam się na krześle. - Nie żyjesz! - zsuwam się pod biurko i kulę
się ze strachu.
- O czym Ty mówisz,
Robbie. Wszystko dobrze? - pyta, spoglądając z góry na mnie.
- N-n-n-ie
ż-ż-ży-żyjesz... - jąkam się i chowam twarz w dłonie. - N-n-n-nie ma C-c-c-cię
t-t-t-u...
- Bredzisz. Może
zawołam lekarza? - proponuje.
- N-n-nie
le-e-e-ka-a-a-rza-a-a... - protestuję i zwijam się jeszcze bardziej. -
T-t-ty-y-y n-n-n-i-i-e-e ż-ży-y-y-je-e-esz...
- Chyba jednak lekarz
będzie potrzebny. - oznajmia i znika.
Gdy tylko słyszę
dźwięk zamykanych drzwi, wyglądam lekko nad biurkiem. Nikogo nie ma. To tylko
zwykłe przewidzenie. Erica tu nie było.
Biorę kilka głębokich
wdechów i zrywam się z miejsca. Wybiegam na korytarz, gdzie wpadam prosto na
doktora. Fvck. Zaczynam się mu wyrywać, ale wtedy zjawia się dwóch pielęgniarzy,
którzy powalają mnie na ziemię i przytrzymują.
- Panie Picker,
dostanie pan teraz zastrzyk. Zaśnie pan, a kiedy się obudzi będzie lepiej. -
mówi, zakładając rękawiczki.
Jeden z pielęgniarzy
chwyta moją dłoń i podciąga do góry rękaw. Czuję jak lekarz wbija mi igłę.
Chwilę później oczy same mi się zamykają i zasypiam.
Ale akcje! A z tego Crafta straszny drań. I Eric był! - albo Robbiemu tylko się przewidziało...
OdpowiedzUsuńBuziaki i czekam co będzie jutro