poniedziałek, 17 września 2018

Epilog

*5 lat później*
- Tata! Tata! - mały Richard podbiega do mnie z kartką. - Zobacz co narysowałem! To Ty, mamusia i ja! - pokazuje mi rysunek złożony z kilku kresek i kółek.
- Ślicznie, skarbie. - biorę od niego kartkę i kucam przed nim. - To co, przebieraj buciki i idziemy odebrać mamę z lotniska.
- Dobrze. - siada na ławkę i wyciąga swoje trampki.
Pomagam mu z zawiązaniem sznurówek i ruszamy do wyjścia. Wsadzam go do fotelika z tyłu auta i powoli wyjeżdżam z parkingu. Jedziemy odebrać Re z LAX po dwumiesięcznej trasie. Wydała ostatnio z Hey Violet nowy album i występowała w Europie. W lipcu, po premierze mojego albumu jedziemy oboje koncertować po całych Stanach Zjednoczonych, a nasz syn z nami. To na pewno będzie wspaniałe przeżycie.

Gdy tylko Rena dostrzega nas podbiega do nas i ściska.
- Tęskniłam za Wami, moje dziubki. - całuje najpierw małego, a potem mnie. Z tym wyjątkiem, że mnie dłużej i namiętnie.
Oplatam rękoma jej talię i przyciskam bliżej do siebie.
- My też tęskniliśmy. - szeptam jej do ucha i wypuszczam z objęć.
Zabieram jej bagaże, a ona chwyta synka za dłoń. Kierujemy się razem do wyjścia.

Na miejscu czeka na Renę drobna niespodzianka. Przygotowałem jej ulubiony obiad i udekorowałem mieszkanie świeżymi kwiatami. Wchodzę do domu pierwszy, zostawiam walizki z boku i prowadzę Re do salonu.
- Witaj w domu, kochanie. - obejmuję ją w talii i czekam na jej reakcję.
Na środku stołu stoi wielkie pudło, opakowane w elegancki papier, z kokardą u góry.
- Wiesz, że nie musiałeś. Jesteś wspaniały. - cmoka mnie w policzek i podchodzi do stołu.
Otwiera prezent i a jej twarz wyraża ogromne zaskoczenie. Tak, kupiłem jej wymarzoną sukienkę i wymarzoną parę butów.
- Aaa! Pamiętałeś! - zrywa się z miejsca i rzuca mi się na szyję. - Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję! - wpija się w moje usta, a Richard zakrywa oczy.
- Możecie później? Jestem głodny. - przerywa nam. Jak zawsze.
- Okay, okay. - mówi Re odsuwam się ode mnie. - Dokończymy jak będzie spał. - szepcze i zaczyna się śmiać.
Uwielbiam to, że nasza rodzina jest razem taka szczęśliwa i kochająca. Jestem też zadowolony, że dałem się namówić na terapię i dzięki temu jestem teraz dobrym mężem dla Re i wzorowym ojcem dla Richarda.

A jeśli chodzi o moje relacje z innymi…
Te z rodziną bardzo się ociepliły i teraz każdy weekend spędzamy naprzemiennie u nich lub rodziców Reny.
Pogodziłem się z Ravenem, po którym mój syn dostał imię. Rav tak jak ja zdecydował się leczyć u psychiatry. Sesja terapeutyczna i dobrze dobrane leki pomagają mu żyć normalnie z zaburzeniami emocjonalnymi. Ponadto od ponad roku jest szczęśliwym małżonkiem Hugo Pimentala.
Z Ericiem spotykamy się bardzo często. Został chrzestnym małego Richarda. 
Ashton, z którym zaprzyjaźniłem się przed ostatni czas, także nas odwiedza. Ma totalnego świra na punkcie Richarda i nakłania swoją dziewczynę, aby też sobie takiego sprawili. Nie wiem kiedy im się uda, ale życzę im jak najlepiej.


---
Dziękuję serdecznie za te prawie 2 tygodnie razem.
Razem z końcem tego FF, kończę karierę Bloggerki. Kolejne historie publikować będę wyłącznie na Wattpadzie.
Jeszcze raz dziękuję, tym razem za ponad 4 lata razem. To było niesamowite uczucie móc dzielić się z Wami swoją twórczością <3
Trzymajcie się,
Wiki R5er 

niedziela, 16 września 2018

17.

*teraźniejszość*
Otwieram oczy i pierwsze co widzę to zatroskana twarz Reny.
- Obudził się! Panie doktorze, Robbie się obudził! - woła, a po chwili do sali wchodzi wysoki, starszy mężczyzna w okularach.
- Pani Reno, mówiłem pani, żeby pani tak nie hałasowała. - karci ją i podchodzi bliżej do mnie. - Może być nadwrażliwy na dźwięki. W końcu miał poważny uraz głowy i był nieprzytomny przez dwa tygodnie.
- Już przepraszam. - robi smutną minkę i odsuwa się na bok.
Lekarz przeprowadza ze mną krótki wywiad, ogląda urazy i wykonuje ogólne badania m.in. osłuchuje płuca i zagląda z latarką w oczy, po czym notuje coś w swoim notesie.
- Panie Picker, powiem tak. To, że się pan obudził oznacza, że mózg nie został uszkodzony. Oczywiście mogą pojawiać się później bóle czy zawroty głowy, ale wszystko będzie dobrze. Wyzdrowieje pan i będzie mógł wrócić do narzeczonej. - oznajmia.
- Dziękuję. - szeptam i spoglądam na Renę. Ten pięciomiesięczny brzuszek tylko dodaje jej uroku.
- Ja też dziękuję, doktorze. - Re uśmiecha się do niego i podchodzi bliżej mnie. - Mogę z nim zostać sama? Chcę z nim porozmawiać.
- Tak, oczywiście. Ale proszę go nie przemęczać. - zgadza się i wychodzi.
Zostajemy tylko we dwoje. Ukochana siada na krześle na moim łóżku i chwyta za rękę.
- Jesteś jeszcze tr0chę połamany, ale będzie dobrze. Za kilka tygodni zdejmą Ci gips, zaczniesz rehabilitację, a potem będziesz mógł zatańczyć na naszym weselu. - nadaje jak katarynka.
- Spokojnie, Re. Wiem to wszystko. - przerywam jej. - Lepiej powiedz mi co z naszym dzieckiem? I jak Ty się czujesz?
- Jest w porządku. Nia i mama bardzo mi ostatnio pomagają. - odpiera. - A nasz maluszek już za cztery miesiące będzie z nami. Chociaż…. Chyba powinnam powiedzieć, nasze maleństwa będą z nami. To bliźniaki, Robbie! - oznajmia z uśmiechem.
- Naprawdę? To… Wspaniała wiadomość! - próbuję ją przytulić, ale ze względu na gips nie mogę.
- Ale obiecaj, że nie będziesz więcej udawał trupa i nie będziesz wracał do tematu przeszłości, okay? - patrzy mi głęboko w oczy.
- Ja? Udawać trupa? Co Ci strzeliło do głowy? - jestem zaskoczony.
- No… Myślałeś, że jesteś trupem przez ostatni czas przed tym jak znalazłeś się tu po nieudanej próbie samobójczej poprzez powieszenie się na papierze toaletowym. - odpowiada. Zupełnie tego nie pamiętam. W mojej głowie ostatnim wspomnieniem jest jak Raven zaatakował mnie podczas naszego spotkania w ramach mojej terapii.
- Nie pamiętam tego. - przyznaję. - Ale obiecuję, że nie będę. - dodaję z uśmiechem.
Rena uśmiecha się, tak szczerze, jak nigdy wcześniej, i nachyla nade mną. Złącza nasze usta w długim i czułym pocałunku.
Teraz jestem już pewien, że wszystko będzie dobrze.

Dwa tygodnie później, już po zdjęciu gipsu wracam do domu i rozpoczynam rehabilitację. Minie trochę czasu nim całkiem wrócę do siebie, ale to nie jest istotne. Najważniejsza jest teraz Rena i nasze dziecko. Zaplanowaliśmy ślub ze skromnym weselem ma przyszły rok, bez zbędnego stresu i pośpiechu.

Mijają kolejne dni i tygodnie, a mój stan się poprawia. Każdy poranek wygląda podobnie. Re ciągle pilnuje rozkładu dnia.
- Jak się dziś czujesz, kochanie? - pyta Rena, gdy tylko otwieram oczy, pochylając się nade mną z delikatnym uśmiechem. Całkiem spory, ośmiomiesięczny brzuszek wcale jej tego nie ułatwia, ale i tak dodaje jej uroku.
- Jest okay. Chodź się przytul. - unoszę ramię do góry, a Re wtula się we mnie. Obejmuję ją i całuję w policzek. - Kocham Cię. - szeptam jej do ucha.
- Ja Ciebie też kocham, Robbie. - odpiera i muska wargami moje usta. Leżymy tak przez chwilę w ciszy, wsłuchując się w nasze bicia serc. - Dobra, koniec tego dobrego. Czas wstawać. Zjedz śniadanie, bo muszę zawieźć Cię na rehabilitację, a potem jedziemy do studia. Menager chce z Tobą porozmawiać. - przerywa ciszę i podnosi się.
Niechętnie robię to samo i siadam na brzegu łóżka. Ukochana podaje mi kule, abym mógł sam iść, ale nie biorę ich od niej. Czuję, że poradzę sobie bez nich. W końcu minęło już tyle czasu. Powoli wstaję, początkowo nie umiejąc utrzymać równowagi, więc łapię się szafki nocnej. Po chwili staję się pewniejszy i wykonuję dwa kroki w przód.
- Patrz, Re! Udało mi się! Udało! - wołam do niej, a łzy szczęścia spływają mi po policzkach. - Udało się! - powtarzam i robię jeszcze kilka kroków w jej stronę.
- Robbie! To cuuuudowne! - rzuca się mi w ramiona i zaczyna obcałowywać. 
Obejmuję ją mocno. Już dawno nie byłem taki szczęśliwy.

sobota, 15 września 2018

16.

*teraźniejszość*
Budzę się wczesnym rankiem i wymykam z domu, kiedy Rena jeszcze śpi. Potrzebuję pilnie porozmawiać z Hugo. Jeśli ona za wszelką cenę chce mi udowodnić, że żyję, to może z jego pomocą uda mi się ją przekonać, że wcale tak nie jest.
Staję przed jego drzwiami i wciskam dzw0nek. Odczekuję chwilę, ale nikt nie otwiera. Sfrustrowany zaczynam uderzać pięścią w drzwi, aż zaczynają mnie boleć.
Przecież martwi nic nie czują…
Opuszczam rękę i siadam na schodkach prowadzących na ganek. Chowam twarz w dłonie i klnę pod nosem. Czemu nigdy nie ma tego przeklętego Pimentela, kiedy jest potrzebny!? Czuję jak pojedyncze łzy spływają mi po twarzy.
Przecież zmarli nie płaczą…
Przecieram twarz brzegiem dłoni i spoglądam w niebo. To na pewno był deszcz, a nie łzy.
Ale deszcz prawie nigdy nie pada w tej cholernej Kalifornii…
Przeczesuję włosy ręką i wstaję. Nie mam zamiaru tu na niego czekać.
Ruszam powoli przed siebie, gdy z domu wychodzi Hugo.
- Robbie? - woła zaskoczony.
Zauważam jak zeskakuje ze schodków i rusza biegiem za mną.
- A kto inny? - odburkuję i idę dalej.
- Zaczekaj. - chwyta mnie za rękę. Chcę mu ją wyrwać, ale mam wrażenie, że jak to zrobię, to ja ruszę dalej, a ona zostanie w jego uścisku. Cholerny rozkład ciała.
- Po co? Pewnie też jesteś po stronie Reny, hę? - pytam, spoglądając mu w oczy.
- Wiesz doskonale, że oboje chcemy Ci pomóc. Chodź, pojedziesz ze mną do kliniki. - zaczyna ciągnąć mnie w stronę auta.
Z obawy przed stratą kończyny, ruszam posłusznie za nim. Siadam na miejscu pasażera i zapinam pas. Nie odzywamy się do całą drogę. Gdy Hugo parkuje przed szpitalem psychiatrycznym, przed oczami przemykają mi obrazy ostatnich miesięcy mojego życia, które w większości spędziłem właśnie tutaj.
- No chodź już. Wiem, że nie jest Ci łatwo, ale chodź. - Hugo niecierpliwie stuka palcami o kant drzwi od auta.
Wysiadam powoli i niechętnie, a następnie kieruję się z nim do wejścia, a dalej betonowymi schodami na górę i długim, białym korytarzem, który nie raz przemierzałem idąc na terapię. Pimentel wpuszcza mnie do swojego gabinetu i każe wygodnie rozsiąść na kanapie pod ścianą. Z obrazów znajdujących się prawie na każdej ścianie, spoglądają na mnie wyniosłe damy baroku i dostojni, średniowieczni królowie. Czuję się z tym faktem bardzo źle.
- Słuchaj Robbie, zadzwoniłem po Renę. Musimy poważnie porozmawiać 0 twoim stanie zdrowia, bo chyba te leki co Ci przepisałem nie pomagają. - oznajmia, podjeżdżając na krześle obrotowym bliżej mnie.
- Po co rozmawiać ze mną, z Reną? Nie lepiej z zakładem pogrzebowym? Zobacz! - chwytam się za rękę i podwijam rękaw. - Widzisz? Widzisz to!? Widzisz to rozkładające się ciało!? Widzisz te dziury i wyżerające je robaki1? Widzisz do cholery!? - krzyczę, pokazując na swoje ramiona, szyję, nogi.
- Nie, nie widzę. Uspokój się, Robbie. Nic Ci się nie dzieje. - odpiera, a ja spoglądam na niego morderczym wzrokiem.
- Ślepy psychiatra! Jeszcze tego mi trzeba!? - śmieję się pod nosem i wstaję. - Nie zostanę tu ani chwili dłużej. Życzę szczęścia, doktorku! - wołam i wychodzę.
Wiem doskonale, że Hugo ruszy za mną, więc postanawiam odstawić przedstawienie. Zamykam się w toalecie i biorę papier toaletowy. Wolny koniec przywiązuję do lampy wiszącej pod sufitem, a stopniowo rozwijaną rolkę owijam sobie wokół szyi. Udowodnię mu, że jestem martwy, wieszając się na super miękkim i ultra wytrzymałym papierze toaletowym, nie umierając ponownie. Gdy Pimentelowi udaje się w końcu wyważyć drzwi, wpada do środka z Rena. Spoglądam smutno na ukochaną. Nie chciałem, aby ona też to widziała, ale trudno.
- Co Ty chcesz zrobić, kochanie? - pyta, patrząc na mnie z przerażeniem w oczach.
- Coś udowodnić. Spokojnie, nie będzie mnie bolało. - mówię i odpycham spod nóg stołek. Wiszę, czując cholerny ucisk w płucach.
- Nie! Robbie, nie! - słyszę jej krzyk. Zauważam, że zaczyna oddychać coraz szybciej i łapie się za brzuch. 
Próbuję się uwolnić, aby tylko jej nie denerwować jeszcze bardziej, ale w tym momencie papier pęka i spadam z hukiem na ziemię. Moja dawniej złamana noga odzywa się mocny, pulsującym bólem, który czuję też w kręgosłupie i czaszce. Obraz zaczyna mi się rozmazywać, a po chwili zapada wszechogarniająca ciemność.

piątek, 14 września 2018

15.

*teraźniejszość*
Otwieram oczy i widzę białe ściany. Słyszę ciche, rytmiczne pikanie. Odwracam wzrok w lewo i napotykam źródło tego dźwięku. To maszyna monitorująca mój stan. Tylko dlaczego pokazuje rytm serca, jeżeli ja nie żyję?
Spoglądam na swoją rękę i zauważam, że mam podłączoną kroplówkę. Ale po co?
Wzdycham. Od kiedy trup ma oddech?
- Dzień dobry panie Picker. - doktor w białym kitlu wchodzi do sali.
- Jest pan szatanem? Bo jeśli tak to pomylił pan kolory. - odpieram i zamykam z powrotem oczy.
- Panie Picker, proszę sobie nie żartować. - mówi, podchodząc bliżej. - Zaraz pana zbadam... - odkłada na bok stos dokumentów i zdejmuje stetoskop z szyi. - Proszę się podnieść i wziąć głęboki wdech...
- Jak? Przecież nie żyję! - podnoszę głos. - Raven mnie zabił!
- Panie Picker, pan nie umarł. Dzięki szybkiej reakcji pana przyjaciela, żyje pan, a pana stan jest dobry. Za kilka dni wypiszemy pana stąd. - wyjaśnia i przykłada metalowy koniec stetoskopu do mojej klatki piersiowej. Bada mnie przez chwilę, nim znów zaczyna gadać. - Tak jak mówiłem, pana stan jest dobry, a rany niebawem się zagoją i nie będzie żadnej blizny.
- Mój stan dobry? Wszystko będzie okay? Przecież ja nie żyję od dwóch dni, a wy mi nie wyprawiliście pogrzebu! - krzyczę.
- Chce pan porozmawiać z psychiatrą? To zespół Cotarda, zwany syndromem chodzącego trupa. Nie łatwo to wyleczyć, ale im wcześniej się rozpocznie terapię tym lepiej. - odpiera.
- Terapię!? Nie zgadzam się! - zakładam ręce na piersi i odwracam wzrok w drugą stronę. - Proszę zawołać Renę i przypomnieć jej o moim pogrzebie. Toć to hańba, kazać trupowi czekać tak długo na własny pogrzeb! - dodaję i zamykam oczy.
Co to za człowiek... Dyskutuje z trupem o jego stanie... Sam powinien iść się leczyć w psychiatryku.

Tego samego dnia, ale nieco później przychodzi do mnie Rena. Siada na krześle przy łóżku i chwyta mnie za rękę.
- Jak się czujesz? - pyta zatroskana.
- Jak się czuję? A myślisz, jak może się czuć trup? Czuję się martwy, a Ty dalej nie wyprawiłaś mi pogrzebu. Widocznie taki Robbie już dla Ciebie się nie liczy. A idź precz! Idź do tego swojego Irwina! - krzyczę na nią, a po moich polikach zaczynają spływać łzy.
Przecież trupy nie płaczą.
Ale Ci co utknęli na ziemi we własnym ciele z powodu braku pochówku... Może już tak.
- Robbie, głuptasie... - Rena czochra moją grzywkę. - Nie umarłeś. To tylko efekt uboczny terapii z powodu depresji, którą miałeś niedługo skończyć. - tłumaczy, a ja słucham zaskoczony. Ja? Depresję? Nieeee...
- Kłamiesz. A wiesz, że zmarłych nie powinno się oszukiwać. - odpieram.
- Jak chcesz. Idę porozmawiać z Hugo co dalej w takiej sytuacji. Wpadnę później, kochanie. - całuje mnie przelotnie w usta i wychodzi.
Mam ochotę zawołać za nią, że nie powinna była mnie całować, bo jeszcze zarazi się trupim jadem i umrze, a nie chcę, aby coś się jej stało.

Pięć dni później, po kilku godzinnych rozmowach z psychiatrą, wypisują mnie do domu. Jestem martwy, a oni każą mi żyć. Zupełnie jakby to było normalne.
Rena odbiera mnie na parkingu i wiezie do naszego wspólnego domu. Zapomniałem już nawet jak to jest być w domu, z kimś kto Cię kocha. Będzie trudno, ale dla tej weganki mogę nawet być żyjącym trupem. Wszystko, aby ona była szczęśliwa.

Wieczorem, trochę czasu po tym jak wmusiła we mnie ogromną kolację, Rena zabiera mnie do łazienki na romantyczną kąpiel we dwoje. Siedzimy we wannie, a Re wtula się we mnie.
- Pomyśl, że niebawem będziemy we troje... - kładzie moje dłonie na swoim lekko zaokrąglonym brzuszku.
Uśmiecham się, chociaż wiem, że nigdy tak nie będzie. Po prostu kiedyś nadejdzie dzień, kiedy w końcu moje ciało spocznie w ziemi, a opiekę nad nią i maluchem przejmie Ashton.
- Wszystko dobrze? - pyta, odwracając się, aby móc spojrzeć mi w oczy.
- Tak. Jest okay. - kłamię i delikatnie muskam jej wargi swoimi.
- To wspaniale. Hugo miał rację, że zmiana leków Ci pomoże. - odpiera, oplatając mnie nogami w pasie.
- Przecież to oczywiste, bo od tego jest lekarzem. - przytakuję jej i obejmuję mocniej.
- Kocham Cię. - szepta i przyciska swoje usta do moich.
- Też Cię kocham. - wyszeptuję w jej usta i oddaję pocałunek.
Zatracam się w niej jak wtedy, gdy byłem jeszcze żywy. Jest taka idealna.
Rena kładzie jedną rękę na mojej szyi, a drugą zjeżdża coraz niżej po mojej klatce piersiowej. Czuję jej dotyk w intymnym miejscu i myślę, że oszaleję, ale wtedy przypomina mi się, że przecież jestem martwy.
- Nie wiedziałem, że jesteś nekrofilką. - oznajmiam, a ona gwałtownie wstaje.
- Nie jestem! Tak samo jak ty nie jesteś martwy! - krzyczy i chce wyjść z wanny, ale poślizguje się. 
Łapię ją w ostatnim momencie, chroniąc od upadku. Trzymam ją w ramionach, a przed oczyma przelatują mi wszystkie nasze wspomnienia. Może Rena ma rację, a ja naprawdę nie umarłem?

czwartek, 13 września 2018

14.

*teraźniejszość - 2 tygodnie później*
W końcu odzyskałem swoje rzeczy, co oznacza koniec szpitalnej piżamy i zbliżający się moment opuszczenia przeze mnie psychiatryka.
Kroczę pewnie do sali spotkań, gdzie doktor Hugo czeka na mnie z nowym członkiem mojej terapii. Delikatnie otwieram drzwi i zauważam Erica. Pobiegam do przyjaciela i rzucam się mu na szyję.
- Ty żyjesz! - krzyczę i ściskam go z całych sił.
- Dobrze Cię widzieć, Robbie. - mówi i odwzajemnia uścisk.
Przytulamy się tak przez dłuższy moment, nim nie przerywa nam Hugo.
- Okay, Robbie. Opowiedz Ericowi co działo się w twojej psychice, a on opowie Ci co się wtedy stało rzeczywiście. Później zostawię Was samych, abyście mogli porozmawiać.
- Dobra. - rzucam i siadam z Ericiem przy stoliku naprzeciw siebie. Zaczynam mu opowiadać wszystko od samego początku.

Kolejnego dnia nadchodzi trudniejszy dzień. Dziś Hugo zbiera mnie w ramach terapii poza ośrodek. Jedziemy kawałek samochodem, aż ostatecznie zatrzymujemy się pod starą, sypiącą się nieco kamienicą. Kierujemy się klatką schodową na trzecie, najwyższe piętro, mijając popisane ściany i wulgarne graffiti. Zatrzymujemy się przed obitymi drzwiami, na których ktoś złotą farbą napisał 'Scott' i niżej czarną 'pedał i zboczeniec'. Przed oczyma pojawiają mi się moje nieprawdziwe wspomnienia o tym, co się wydarzyło między mną a Ravenem. Zaczynam się cofać, aż wpadam na ścianę.
- Wszystko dobrze, Robbie? - pyta Hugo, patrząc mi prosto w oczy.
- T-t-te-e-en na-na-napis... - wskazuję na drzwi Ravena. - Źle mi się kojarzy. - dodaję i próbuję się przesunąć w bok, ale Pimentel mnie zatrzymuje.
- Spokojnie. Tu cała kamienica jest wulgarna i zakłamana. Richard Wayne nie zrobi Ci krzywdy. - chwyta mnie za rękę i prowadzi do drzwi.
Puka i czeka aż Craft otworzy. Raven otwiera nam drzwi bez koszulki, przeczesując włosy.
- Chodźcie. - wpuszcza nas i zaklucza drzwi. - Sorry za bałagan, ale wczoraj była ostra impreza. Mamy nowy rodzaj upijania się bez alkoholu... - opowiada zbierając z podłogi plastikowe naczynia, a ja orientuje się, że wszystko zaczyna się tak samo jak mi się wydawało. Tylko, że teraz serio to się dzieje.
- Zaraz Wam przygotuję to magiczne coś. - ubiera czarną bluzkę i idzie do kuchni. Wyciąga trzy miski, sztućce i coś z lodówki. - Chyba możesz, Robbie? - pyta się, wychylając się przez wyspę kuchenną.
- Nie, Robbie nie może, bo bierze leki. - odpiera Hugo, a ja spoglądam na niego wdzięczny. - Ja też nie spróbuję. Jestem w pracy, a poza tym prowadzę. - dodaje.
Raven zrezygnowany chowa przeznaczone dla nas naczynia i przygotowuje tylko porcję dla siebie.
Chwilę później przychodzi i siada z nami.
- Z początku wydawało mi się obrzydliwe, ale efekt jest niezły. - zaczyna jeść 'deser'.
Spoglądam na zawartość jego miseczki przelotnie i nie jestem zbytnio przekonany czy to w ogóle jadalne. Wygląda jak jakaś papa, posypana czymś dziwnym i cukrem, z kawałkiem jabłka na górze. Raven zauważając moją minę postanawia się odezwać.
- To tylko mus z jabłek i drożdży, posypany pokruszonymi drożdżami i cukrem, z jabłkiem u góry do dekoracji. - wyjaśnia, a ja analizuję każde jego słowo. Mówi dokładnie to samo co 'wtedy'. - Może i obrzydliwe, ale pomyśl sobie o procesie fermentacji, który zachodzi między drożdżami i cukrem prostym z jabłek... W organizmie powstanie alkohol i będziesz czuł się jakbyś się napił. To taka tańsza opcja nachlania się... - dodaje.
- Okay, zrozumieliśmy. - przerywa mu Hugo. - Przywiozłem tu Robbiego w ramach terapii. Pewnie nawet o tym, że twój kumpel się leczy w psychiatryku, nie wiesz? - patrzy na niego, a w jego głosie słychać pretensje. - Pomyśl sobie, jak źle z nim było, że w jego 'innej rzeczywistości' byłeś potworem! - potrząsa chłopakiem.
- Wyluzuj Hugo. Od kiedy masz tytuł, to nawet nie da się z tobą p**prz*ć! - odpiera Rav i wstaje z kanapy. - Wynoście się obaj albo pożałujecie! - krzyczy.
Widzę złość w jego oczach, więc zaczynam iść powoli w kierunku wyjścia.
- Wiedziałem, że to był zły pomysł przychodzić tutaj. Domyślałem się, że znów zachowasz się jak dupek! - wygarnia Hugo Craftowi.
- Przestań się rzucać, Pimentel albo twojemu nowemu kochasiowi stanie się krzywda. - mówi, chwytając mnie od tyłu, tak, że nie mogę się ruszyć.
- Puść go! Puść albo wezwę policję! - Hugo powoli zbliża się w naszą stronę.
- To dzwoń. Ale wiedz, że tylko pogorszysz sprawę. - cedzi przez zęby. Czuję jak przykłada coś metalowego do mojej szyi. - Więc jak Hugo... Odpuszczasz?
- Puść go. Wychodzimy. - odpiera Pimentel zdecydowanym głosem i podchodzi do drzwi. Kładzie dłoń na klamkę i spogląda na nas. - Puść go.
- A 'przepraszam' gdzie? No gdzie!? - krzyczy, dociskając nóż mocniej.
- Przepraszam. - mówi Hugo przez zaciśnięte zęby. - Teraz go puść.
- Myślisz, że tak łatwo odpuszczę? Samo 'przepraszam' nie wystarczy. - mówi, przeciągając ostrzem po mojej szyi.
- Nie rób mu krzywdy, proszę. - Hugo podchodzi do nas bliżej. - Możemy jakoś się dogadać, Raven kochanie. - dodaje, kładąc dłoń na ramieniu Crafta.
- Teraz chcesz naprawiać błędy z przeszłości!? Teraz!? - krzyczy, a po jego twarzy spływają łzy. - Teraz!? - powtarza i ponownie przejeżdża ostrzem, tak, że rozcina mi skórę, aż syczę z bólu. - A Ty czego!? Zamknij się, bo w ogóle się głowy pozbędziesz!
- Raven, proszę. Nie rób mu krzywdy. Przecież to twój kumpel... - Hugo pada na kolana i łapie się nóg Ravena.
- Odpuść Pimentel. Na nic są twoje błagania. - cedzi przez zęby i dźga mnie nożem prosto w serce.
Upadam na ziemię, chwytając się za krwawiące miejsce.
- Coś Ty zrobił!? Zabiłeś go! Zabiłeś! - kątem zamykającego się oka, zauważam jeszcze jak Hugo potrząsa Ravenem.
- No coś Ty! Jeszcze kona. Zobacz, że jeszcze nie zdechł. - kopie mnie czubkiem buta. 
Nie mam już siły, więc bez problemu przewraca mnie na plecy. Widzę jeszcze kilka urywanych scen, m.in. Hugo z telefonem i wściekłego Ravena rzucającego meblami. Mrugam oczami jeszcze kilka razy, nim same się zamykają. Raz na zawsze tracę kontakt z rzeczywistością.