*teraźniejszość*
Otwieram oczy i widzę
białe ściany. Słyszę ciche, rytmiczne pikanie. Odwracam wzrok w lewo i
napotykam źródło tego dźwięku. To maszyna monitorująca mój stan. Tylko dlaczego
pokazuje rytm serca, jeżeli ja nie żyję?
Spoglądam na swoją
rękę i zauważam, że mam podłączoną kroplówkę. Ale po co?
Wzdycham. Od kiedy
trup ma oddech?
- Dzień dobry panie
Picker. - doktor w białym kitlu wchodzi do sali.
- Jest pan szatanem?
Bo jeśli tak to pomylił pan kolory. - odpieram i zamykam z powrotem oczy.
- Panie Picker,
proszę sobie nie żartować. - mówi, podchodząc bliżej. - Zaraz pana zbadam... -
odkłada na bok stos dokumentów i zdejmuje stetoskop z szyi. - Proszę się
podnieść i wziąć głęboki wdech...
- Jak? Przecież nie
żyję! - podnoszę głos. - Raven mnie zabił!
- Panie Picker, pan
nie umarł. Dzięki szybkiej reakcji pana przyjaciela, żyje pan, a pana stan jest
dobry. Za kilka dni wypiszemy pana stąd. - wyjaśnia i przykłada metalowy koniec
stetoskopu do mojej klatki piersiowej. Bada mnie przez chwilę, nim znów zaczyna
gadać. - Tak jak mówiłem, pana stan jest dobry, a rany niebawem się zagoją i
nie będzie żadnej blizny.
- Mój stan dobry?
Wszystko będzie okay? Przecież ja nie żyję od dwóch dni, a wy mi nie
wyprawiliście pogrzebu! - krzyczę.
- Chce pan porozmawiać
z psychiatrą? To zespół Cotarda, zwany syndromem chodzącego trupa. Nie łatwo to
wyleczyć, ale im wcześniej się rozpocznie terapię tym lepiej. - odpiera.
- Terapię!? Nie
zgadzam się! - zakładam ręce na piersi i odwracam wzrok w drugą stronę. -
Proszę zawołać Renę i przypomnieć jej o moim pogrzebie. Toć to hańba, kazać
trupowi czekać tak długo na własny pogrzeb! - dodaję i zamykam oczy.
Co to za człowiek...
Dyskutuje z trupem o jego stanie... Sam powinien iść się leczyć w psychiatryku.
Tego samego dnia, ale
nieco później przychodzi do mnie Rena. Siada na krześle przy łóżku i chwyta
mnie za rękę.
- Jak się czujesz? -
pyta zatroskana.
- Jak się czuję? A
myślisz, jak może się czuć trup? Czuję się martwy, a Ty dalej nie wyprawiłaś mi
pogrzebu. Widocznie taki Robbie już dla Ciebie się nie liczy. A idź precz! Idź
do tego swojego Irwina! - krzyczę na nią, a po moich polikach zaczynają spływać
łzy.
Przecież trupy nie
płaczą.
Ale Ci co utknęli na
ziemi we własnym ciele z powodu braku pochówku... Może już tak.
- Robbie,
głuptasie... - Rena czochra moją grzywkę. - Nie umarłeś. To tylko efekt uboczny
terapii z powodu depresji, którą miałeś niedługo skończyć. - tłumaczy, a ja
słucham zaskoczony. Ja? Depresję? Nieeee...
- Kłamiesz. A wiesz,
że zmarłych nie powinno się oszukiwać. - odpieram.
- Jak chcesz. Idę
porozmawiać z Hugo co dalej w takiej sytuacji. Wpadnę później, kochanie. -
całuje mnie przelotnie w usta i wychodzi.
Mam ochotę zawołać za
nią, że nie powinna była mnie całować, bo jeszcze zarazi się trupim jadem i umrze,
a nie chcę, aby coś się jej stało.
Pięć dni później, po
kilku godzinnych rozmowach z psychiatrą, wypisują mnie do domu. Jestem martwy,
a oni każą mi żyć. Zupełnie jakby to było normalne.
Rena odbiera mnie na
parkingu i wiezie do naszego wspólnego domu. Zapomniałem już nawet jak to jest
być w domu, z kimś kto Cię kocha. Będzie trudno, ale dla tej weganki mogę nawet
być żyjącym trupem. Wszystko, aby ona była szczęśliwa.
Wieczorem, trochę
czasu po tym jak wmusiła we mnie ogromną kolację, Rena zabiera mnie do łazienki
na romantyczną kąpiel we dwoje. Siedzimy we wannie, a Re wtula się we mnie.
- Pomyśl, że niebawem
będziemy we troje... - kładzie moje dłonie na swoim lekko zaokrąglonym
brzuszku.
Uśmiecham się,
chociaż wiem, że nigdy tak nie będzie. Po prostu kiedyś nadejdzie dzień, kiedy
w końcu moje ciało spocznie w ziemi, a opiekę nad nią i maluchem przejmie
Ashton.
- Wszystko dobrze? -
pyta, odwracając się, aby móc spojrzeć mi w oczy.
- Tak. Jest okay. -
kłamię i delikatnie muskam jej wargi swoimi.
- To wspaniale. Hugo
miał rację, że zmiana leków Ci pomoże. - odpiera, oplatając mnie nogami w
pasie.
- Przecież to
oczywiste, bo od tego jest lekarzem. - przytakuję jej i obejmuję mocniej.
- Kocham Cię. -
szepta i przyciska swoje usta do moich.
- Też Cię kocham. -
wyszeptuję w jej usta i oddaję pocałunek.
Zatracam się w niej
jak wtedy, gdy byłem jeszcze żywy. Jest taka idealna.
Rena kładzie jedną
rękę na mojej szyi, a drugą zjeżdża coraz niżej po mojej klatce piersiowej.
Czuję jej dotyk w intymnym miejscu i myślę, że oszaleję, ale wtedy przypomina
mi się, że przecież jestem martwy.
- Nie wiedziałem, że
jesteś nekrofilką. - oznajmiam, a ona gwałtownie wstaje.
- Nie jestem! Tak
samo jak ty nie jesteś martwy! - krzyczy i chce wyjść z wanny, ale poślizguje
się.
Łapię ją w ostatnim
momencie, chroniąc od upadku. Trzymam ją w ramionach, a przed oczyma przelatują
mi wszystkie nasze wspomnienia. Może Rena ma rację, a ja naprawdę nie umarłem?
Jaka akcja!
OdpowiedzUsuńŻywy trup...
Pozdrawiam i czekam co dalej :)
Buziaki :*