piątek, 14 września 2018

15.

*teraźniejszość*
Otwieram oczy i widzę białe ściany. Słyszę ciche, rytmiczne pikanie. Odwracam wzrok w lewo i napotykam źródło tego dźwięku. To maszyna monitorująca mój stan. Tylko dlaczego pokazuje rytm serca, jeżeli ja nie żyję?
Spoglądam na swoją rękę i zauważam, że mam podłączoną kroplówkę. Ale po co?
Wzdycham. Od kiedy trup ma oddech?
- Dzień dobry panie Picker. - doktor w białym kitlu wchodzi do sali.
- Jest pan szatanem? Bo jeśli tak to pomylił pan kolory. - odpieram i zamykam z powrotem oczy.
- Panie Picker, proszę sobie nie żartować. - mówi, podchodząc bliżej. - Zaraz pana zbadam... - odkłada na bok stos dokumentów i zdejmuje stetoskop z szyi. - Proszę się podnieść i wziąć głęboki wdech...
- Jak? Przecież nie żyję! - podnoszę głos. - Raven mnie zabił!
- Panie Picker, pan nie umarł. Dzięki szybkiej reakcji pana przyjaciela, żyje pan, a pana stan jest dobry. Za kilka dni wypiszemy pana stąd. - wyjaśnia i przykłada metalowy koniec stetoskopu do mojej klatki piersiowej. Bada mnie przez chwilę, nim znów zaczyna gadać. - Tak jak mówiłem, pana stan jest dobry, a rany niebawem się zagoją i nie będzie żadnej blizny.
- Mój stan dobry? Wszystko będzie okay? Przecież ja nie żyję od dwóch dni, a wy mi nie wyprawiliście pogrzebu! - krzyczę.
- Chce pan porozmawiać z psychiatrą? To zespół Cotarda, zwany syndromem chodzącego trupa. Nie łatwo to wyleczyć, ale im wcześniej się rozpocznie terapię tym lepiej. - odpiera.
- Terapię!? Nie zgadzam się! - zakładam ręce na piersi i odwracam wzrok w drugą stronę. - Proszę zawołać Renę i przypomnieć jej o moim pogrzebie. Toć to hańba, kazać trupowi czekać tak długo na własny pogrzeb! - dodaję i zamykam oczy.
Co to za człowiek... Dyskutuje z trupem o jego stanie... Sam powinien iść się leczyć w psychiatryku.

Tego samego dnia, ale nieco później przychodzi do mnie Rena. Siada na krześle przy łóżku i chwyta mnie za rękę.
- Jak się czujesz? - pyta zatroskana.
- Jak się czuję? A myślisz, jak może się czuć trup? Czuję się martwy, a Ty dalej nie wyprawiłaś mi pogrzebu. Widocznie taki Robbie już dla Ciebie się nie liczy. A idź precz! Idź do tego swojego Irwina! - krzyczę na nią, a po moich polikach zaczynają spływać łzy.
Przecież trupy nie płaczą.
Ale Ci co utknęli na ziemi we własnym ciele z powodu braku pochówku... Może już tak.
- Robbie, głuptasie... - Rena czochra moją grzywkę. - Nie umarłeś. To tylko efekt uboczny terapii z powodu depresji, którą miałeś niedługo skończyć. - tłumaczy, a ja słucham zaskoczony. Ja? Depresję? Nieeee...
- Kłamiesz. A wiesz, że zmarłych nie powinno się oszukiwać. - odpieram.
- Jak chcesz. Idę porozmawiać z Hugo co dalej w takiej sytuacji. Wpadnę później, kochanie. - całuje mnie przelotnie w usta i wychodzi.
Mam ochotę zawołać za nią, że nie powinna była mnie całować, bo jeszcze zarazi się trupim jadem i umrze, a nie chcę, aby coś się jej stało.

Pięć dni później, po kilku godzinnych rozmowach z psychiatrą, wypisują mnie do domu. Jestem martwy, a oni każą mi żyć. Zupełnie jakby to było normalne.
Rena odbiera mnie na parkingu i wiezie do naszego wspólnego domu. Zapomniałem już nawet jak to jest być w domu, z kimś kto Cię kocha. Będzie trudno, ale dla tej weganki mogę nawet być żyjącym trupem. Wszystko, aby ona była szczęśliwa.

Wieczorem, trochę czasu po tym jak wmusiła we mnie ogromną kolację, Rena zabiera mnie do łazienki na romantyczną kąpiel we dwoje. Siedzimy we wannie, a Re wtula się we mnie.
- Pomyśl, że niebawem będziemy we troje... - kładzie moje dłonie na swoim lekko zaokrąglonym brzuszku.
Uśmiecham się, chociaż wiem, że nigdy tak nie będzie. Po prostu kiedyś nadejdzie dzień, kiedy w końcu moje ciało spocznie w ziemi, a opiekę nad nią i maluchem przejmie Ashton.
- Wszystko dobrze? - pyta, odwracając się, aby móc spojrzeć mi w oczy.
- Tak. Jest okay. - kłamię i delikatnie muskam jej wargi swoimi.
- To wspaniale. Hugo miał rację, że zmiana leków Ci pomoże. - odpiera, oplatając mnie nogami w pasie.
- Przecież to oczywiste, bo od tego jest lekarzem. - przytakuję jej i obejmuję mocniej.
- Kocham Cię. - szepta i przyciska swoje usta do moich.
- Też Cię kocham. - wyszeptuję w jej usta i oddaję pocałunek.
Zatracam się w niej jak wtedy, gdy byłem jeszcze żywy. Jest taka idealna.
Rena kładzie jedną rękę na mojej szyi, a drugą zjeżdża coraz niżej po mojej klatce piersiowej. Czuję jej dotyk w intymnym miejscu i myślę, że oszaleję, ale wtedy przypomina mi się, że przecież jestem martwy.
- Nie wiedziałem, że jesteś nekrofilką. - oznajmiam, a ona gwałtownie wstaje.
- Nie jestem! Tak samo jak ty nie jesteś martwy! - krzyczy i chce wyjść z wanny, ale poślizguje się. 
Łapię ją w ostatnim momencie, chroniąc od upadku. Trzymam ją w ramionach, a przed oczyma przelatują mi wszystkie nasze wspomnienia. Może Rena ma rację, a ja naprawdę nie umarłem?

1 komentarz: