*teraźniejszość*
- To o czym
rozmawialiście? - pyta Rena, siedząc na moich kolanach. Patrzy to na mnie, to
na Czeskiego.
- O męskich sprawach.
- odpiera Eric i mruga do mnie okiem.
- Ah... Jak zwykle? -
wzdycha i przytula się jeszcze bardziej.
Naprawdę ją kocham.
Jest dla mnie wszystkim.
- Jak było w pracy? -
zagaduję.
- Nuuuudno... -
przeciąga. - Myślałam tylko o tym, żeby jak najszybciej wrócić do Ciebie. -
muska wargami mój policzek. - Uwielbiam ten twój tygodniowy zarost... - szepcze
mi do ucha, a ja się cicho śmieję.
Czeski dyskretnie
daje mi znać, że wychodzi.
- Pa Eric. - mówię,
więc Re odwraca głowę i robi to samo.
Gdy zostajemy we
swoje, Rena znów zaczyna mnie całować. Milimetr po milimetrze jej wargi
dotykają mojej twarzy, aż w końcu całuje mnie w usta. Zarzuca mi ręce na szyję,
a ja obejmuję ją mocnej w pasie.
- Robbie, muszę Ci
coś powiedzieć. - odsuwa się ode mnie i patrzy mi prosto w oczy.
- Coś się stało,
kochanie? - z troską dotykam dłonią jej twarzy.
- Wiem, że chcieliśmy
jeszcze poczekać, że chcieliśmy dopiero po ślubie i w ogóle, ale wiesz jak
czasami nasze starania zawodzą... I chociaż nie planowaliśmy, jestem szczęśliwa
z tego faktu. - mówi, a ja patrzę na nią nieco zdezorientowany.
- Czy Ty chcesz mi
powiedzieć, że będziemy mieli dziecko? - kładę dłonie na jej brzuchu.
- Tak, Robbie.
Będziemy rodzicami. W sumie... - kładzie swoje ręce na moich. - To już
jesteśmy. Czujesz to? Bo ja tak. Od kiedy tylko dzisiaj rano zrobiłam test,
pokochałam to maleństwo. A Ty, Robbie? Kochasz już je? - wlepia we mnie wzrok.
- Ja... Przepraszam
Rena. - ściągam ją z kolan i wstaję.
Odpieram się rękoma o
blat kuchenny i biorę kilka głębokich wdechów. Nie wiem czy dam radę. Nie wiem
czy po tym wszystkim co wydarzyło się w mojej przeszłości nie wpłynie na moją
przyszłość. Nie chcę ich skrzywdzić. Zamykam oczy i wracam wspomnieniami do
tamtych dni.
*1993 - narrator*
- Zamknij się
wreszcie! - krzyczy ojciec i uderza Robbiego, w efekcie czego zaczyna płakać
jeszcze głośniej. - Czemu się urodziłeś!? Czemu się Ciebie nie pozbyliśmy!? Już
ze Stephanie mamy dość problemów!
Mały patrzy na niego
dużymi oczami i milknie. Boi się. W końcu jako trzy tygodniowe dziecko nie umie
nic więcej. Nie może się bronić.
- Zostaw go! - mama
wchodzi do pokoju i bierze go w ramiona. - Już dobrze... Nie płacz, Robbie... -
kołysze go.
*teraźniejszość*
Gdy miałem trzy
tygodnie otarłem się o śmierć. Wszystkiego dowiedziałem się niedawno, gdy
przeglądałem swoją dokumentację medyczną, potrzebną do tego, abym mógł wyjechać
w trasę. Teraz mogę o niej zapomnieć. A poza tym, boję się, że nie będę dobrym
ojcem, że będę taki sam jak był mój wobec mnie. Naprawdę liczyłem, że Re zadba
o to, abyśmy nie wpadli albo zaczeka do ślubu. Chciałem poddać się zabiegowi
wazektomii i udawać, że to genetycznie niemożliwe. Teraz jednak mały Picker
pojawi się w moim życiu i nie zmienię tego.
- Robbie,
przepraszam. - szepcze Rena przytulając się do moich pleców. - Nie złość się
już, kochanie...
- Nie złość się już,
kochanie... - parodiuję ją. - Nic nie rozumiesz, Re! - krzyczę i w furii
wyrywam kran nad zlewem, aż woda zaczyna tryskać i zachlapywać całą kuchnię.
- Jak nie rozumiem!?
Powiedziałeś mi wszystko co się wydarzyło kiedyś. Wiem, że nie jest Ci łatwo,
bo nie miałeś dobrego przykładu ojca w rodzinie. Ale daj nam szansę! - podnosi
na mnie głos.
Odwracam się i
dostrzegam w jej oczach łzy. Nie chciałem być dla niej jak mój ojciec dla mojej
matki, ale taki się staje.
- Przepraszam Rena.
Może odejdziesz ode mnie i znajdziesz kogoś, kto nada się lepiej do roli ojca!
- odsuwam się od niej, siadam przy stole i chowam twarz w dłonie.
- Nie obchodzi mnie
co było kiedyś. Jesteś zupełnie inny niż twój ojciec. Wiem to, dlatego tu
jestem i mówię Ci o tym. - siada na wprost mnie, chwyta za ręce i całuje w nie.
Każdą kostkę po kolei. Całuje też tatuaż na mojej dłoni.
Milczymy.
Ta cisza jest
dobijająca.
Re podnosi na mnie
wzrok. Jest pełen miłości.
Zbliża się do mnie i wpija
w moje usta.
Odpuszczam.
Być może naprawdę ma
rację.
Być może rzeczywiście
jestem inny.
Pewne jest tylko
jedno - kocham ją i maleństwo.
- Rena, kocham Was. -
wyznaję i zaczynam ją całować.
Całować z miłością i
czułością.
Klękam przed nią,
obejmuję w pasie i kładę głowę na jej kolanach. Gładzi moje włosy. Słyszę jak
szepcze, że też mnie kocha. Trwamy tak przez dłuższy moment, aż nagle naszą
uroczą chwilę przerywa odgłos burczenia w brzuchu.
- Chyba mały Picker
jest głodny. - rzuca ze śmiechem.
Zdecydowanie jest
głodny. Wstaję, szybko zakręcam wodę i wycieram podłogę. Kończę przygotowywać
wegańską sałatkę i podaję do stołu. Chyba wszystko jakoś się ułoży.
O jaka słodka scena 😍
OdpowiedzUsuńRobbie w sumie ma rację, że się obawia... Ale myślę, że przy wsparciu Czeskiego się ogarnie ;)
Buziaki i do jutra