sobota, 15 września 2018

16.

*teraźniejszość*
Budzę się wczesnym rankiem i wymykam z domu, kiedy Rena jeszcze śpi. Potrzebuję pilnie porozmawiać z Hugo. Jeśli ona za wszelką cenę chce mi udowodnić, że żyję, to może z jego pomocą uda mi się ją przekonać, że wcale tak nie jest.
Staję przed jego drzwiami i wciskam dzw0nek. Odczekuję chwilę, ale nikt nie otwiera. Sfrustrowany zaczynam uderzać pięścią w drzwi, aż zaczynają mnie boleć.
Przecież martwi nic nie czują…
Opuszczam rękę i siadam na schodkach prowadzących na ganek. Chowam twarz w dłonie i klnę pod nosem. Czemu nigdy nie ma tego przeklętego Pimentela, kiedy jest potrzebny!? Czuję jak pojedyncze łzy spływają mi po twarzy.
Przecież zmarli nie płaczą…
Przecieram twarz brzegiem dłoni i spoglądam w niebo. To na pewno był deszcz, a nie łzy.
Ale deszcz prawie nigdy nie pada w tej cholernej Kalifornii…
Przeczesuję włosy ręką i wstaję. Nie mam zamiaru tu na niego czekać.
Ruszam powoli przed siebie, gdy z domu wychodzi Hugo.
- Robbie? - woła zaskoczony.
Zauważam jak zeskakuje ze schodków i rusza biegiem za mną.
- A kto inny? - odburkuję i idę dalej.
- Zaczekaj. - chwyta mnie za rękę. Chcę mu ją wyrwać, ale mam wrażenie, że jak to zrobię, to ja ruszę dalej, a ona zostanie w jego uścisku. Cholerny rozkład ciała.
- Po co? Pewnie też jesteś po stronie Reny, hę? - pytam, spoglądając mu w oczy.
- Wiesz doskonale, że oboje chcemy Ci pomóc. Chodź, pojedziesz ze mną do kliniki. - zaczyna ciągnąć mnie w stronę auta.
Z obawy przed stratą kończyny, ruszam posłusznie za nim. Siadam na miejscu pasażera i zapinam pas. Nie odzywamy się do całą drogę. Gdy Hugo parkuje przed szpitalem psychiatrycznym, przed oczami przemykają mi obrazy ostatnich miesięcy mojego życia, które w większości spędziłem właśnie tutaj.
- No chodź już. Wiem, że nie jest Ci łatwo, ale chodź. - Hugo niecierpliwie stuka palcami o kant drzwi od auta.
Wysiadam powoli i niechętnie, a następnie kieruję się z nim do wejścia, a dalej betonowymi schodami na górę i długim, białym korytarzem, który nie raz przemierzałem idąc na terapię. Pimentel wpuszcza mnie do swojego gabinetu i każe wygodnie rozsiąść na kanapie pod ścianą. Z obrazów znajdujących się prawie na każdej ścianie, spoglądają na mnie wyniosłe damy baroku i dostojni, średniowieczni królowie. Czuję się z tym faktem bardzo źle.
- Słuchaj Robbie, zadzwoniłem po Renę. Musimy poważnie porozmawiać 0 twoim stanie zdrowia, bo chyba te leki co Ci przepisałem nie pomagają. - oznajmia, podjeżdżając na krześle obrotowym bliżej mnie.
- Po co rozmawiać ze mną, z Reną? Nie lepiej z zakładem pogrzebowym? Zobacz! - chwytam się za rękę i podwijam rękaw. - Widzisz? Widzisz to!? Widzisz to rozkładające się ciało!? Widzisz te dziury i wyżerające je robaki1? Widzisz do cholery!? - krzyczę, pokazując na swoje ramiona, szyję, nogi.
- Nie, nie widzę. Uspokój się, Robbie. Nic Ci się nie dzieje. - odpiera, a ja spoglądam na niego morderczym wzrokiem.
- Ślepy psychiatra! Jeszcze tego mi trzeba!? - śmieję się pod nosem i wstaję. - Nie zostanę tu ani chwili dłużej. Życzę szczęścia, doktorku! - wołam i wychodzę.
Wiem doskonale, że Hugo ruszy za mną, więc postanawiam odstawić przedstawienie. Zamykam się w toalecie i biorę papier toaletowy. Wolny koniec przywiązuję do lampy wiszącej pod sufitem, a stopniowo rozwijaną rolkę owijam sobie wokół szyi. Udowodnię mu, że jestem martwy, wieszając się na super miękkim i ultra wytrzymałym papierze toaletowym, nie umierając ponownie. Gdy Pimentelowi udaje się w końcu wyważyć drzwi, wpada do środka z Rena. Spoglądam smutno na ukochaną. Nie chciałem, aby ona też to widziała, ale trudno.
- Co Ty chcesz zrobić, kochanie? - pyta, patrząc na mnie z przerażeniem w oczach.
- Coś udowodnić. Spokojnie, nie będzie mnie bolało. - mówię i odpycham spod nóg stołek. Wiszę, czując cholerny ucisk w płucach.
- Nie! Robbie, nie! - słyszę jej krzyk. Zauważam, że zaczyna oddychać coraz szybciej i łapie się za brzuch. 
Próbuję się uwolnić, aby tylko jej nie denerwować jeszcze bardziej, ale w tym momencie papier pęka i spadam z hukiem na ziemię. Moja dawniej złamana noga odzywa się mocny, pulsującym bólem, który czuję też w kręgosłupie i czaszce. Obraz zaczyna mi się rozmazywać, a po chwili zapada wszechogarniająca ciemność.

1 komentarz:

  1. Wiem, że nie powinno mnie to śmieszyć, ale się zaśmiałam 😂 Sprawdzę wytrzymałość superwytrzymałej Moli wieszając się i "nie umierając ponownie" - życzę szczęścia, Doktorku! 😀
    Pozdrawiam i czekam na jutro. Może w końcu mu się coś uda... ;)

    OdpowiedzUsuń