*teraźniejszość*
Budzę się wczesnym
rankiem i wymykam z domu, kiedy Rena jeszcze śpi. Potrzebuję pilnie porozmawiać
z Hugo. Jeśli ona za wszelką cenę chce mi udowodnić, że żyję, to może z jego
pomocą uda mi się ją przekonać, że wcale tak nie jest.
Staję przed jego
drzwiami i wciskam dzw0nek. Odczekuję chwilę, ale nikt nie otwiera.
Sfrustrowany zaczynam uderzać pięścią w drzwi, aż zaczynają mnie boleć.
Przecież
martwi nic nie czują…
Opuszczam rękę i
siadam na schodkach prowadzących na ganek. Chowam twarz w dłonie i klnę pod
nosem. Czemu nigdy nie ma tego przeklętego Pimentela, kiedy jest potrzebny!?
Czuję jak pojedyncze łzy spływają mi po twarzy.
Przecież
zmarli nie płaczą…
Przecieram twarz
brzegiem dłoni i spoglądam w niebo. To na pewno był deszcz, a nie łzy.
Ale
deszcz prawie nigdy nie pada w tej cholernej Kalifornii…
Przeczesuję włosy
ręką i wstaję. Nie mam zamiaru tu na niego czekać.
Ruszam powoli przed
siebie, gdy z domu wychodzi Hugo.
- Robbie? - woła
zaskoczony.
Zauważam jak
zeskakuje ze schodków i rusza biegiem za mną.
- A kto inny? -
odburkuję i idę dalej.
- Zaczekaj. - chwyta
mnie za rękę. Chcę mu ją wyrwać, ale mam wrażenie, że jak to zrobię, to ja
ruszę dalej, a ona zostanie w jego uścisku. Cholerny rozkład ciała.
- Po co? Pewnie też
jesteś po stronie Reny, hę? - pytam, spoglądając mu w oczy.
- Wiesz doskonale, że
oboje chcemy Ci pomóc. Chodź, pojedziesz ze mną do kliniki. - zaczyna ciągnąć
mnie w stronę auta.
Z obawy przed stratą
kończyny, ruszam posłusznie za nim. Siadam na miejscu pasażera i zapinam pas.
Nie odzywamy się do całą drogę. Gdy Hugo parkuje przed szpitalem
psychiatrycznym, przed oczami przemykają mi obrazy ostatnich miesięcy mojego
życia, które w większości spędziłem właśnie tutaj.
- No chodź już. Wiem,
że nie jest Ci łatwo, ale chodź. - Hugo niecierpliwie stuka palcami o kant
drzwi od auta.
Wysiadam powoli i
niechętnie, a następnie kieruję się z nim do wejścia, a dalej betonowymi
schodami na górę i długim, białym korytarzem, który nie raz przemierzałem idąc
na terapię. Pimentel wpuszcza mnie do swojego gabinetu i każe wygodnie rozsiąść
na kanapie pod ścianą. Z obrazów znajdujących się prawie na każdej ścianie,
spoglądają na mnie wyniosłe damy baroku i dostojni, średniowieczni królowie.
Czuję się z tym faktem bardzo źle.
- Słuchaj Robbie,
zadzwoniłem po Renę. Musimy poważnie porozmawiać 0 twoim stanie zdrowia, bo
chyba te leki co Ci przepisałem nie pomagają. - oznajmia, podjeżdżając na
krześle obrotowym bliżej mnie.
- Po co rozmawiać ze
mną, z Reną? Nie lepiej z zakładem pogrzebowym? Zobacz! - chwytam się za rękę i
podwijam rękaw. - Widzisz? Widzisz to!? Widzisz to rozkładające się ciało!?
Widzisz te dziury i wyżerające je robaki1? Widzisz do cholery!? - krzyczę,
pokazując na swoje ramiona, szyję, nogi.
- Nie, nie widzę.
Uspokój się, Robbie. Nic Ci się nie dzieje. - odpiera, a ja spoglądam na niego
morderczym wzrokiem.
- Ślepy psychiatra!
Jeszcze tego mi trzeba!? - śmieję się pod nosem i wstaję. - Nie zostanę tu ani
chwili dłużej. Życzę szczęścia, doktorku! - wołam i wychodzę.
Wiem doskonale, że
Hugo ruszy za mną, więc postanawiam odstawić przedstawienie. Zamykam się w
toalecie i biorę papier toaletowy. Wolny koniec przywiązuję do lampy wiszącej
pod sufitem, a stopniowo rozwijaną rolkę owijam sobie wokół szyi. Udowodnię mu,
że jestem martwy, wieszając się na super miękkim i ultra wytrzymałym papierze
toaletowym, nie umierając ponownie. Gdy Pimentelowi udaje się w końcu wyważyć
drzwi, wpada do środka z Rena. Spoglądam smutno na ukochaną. Nie chciałem, aby
ona też to widziała, ale trudno.
- Co Ty chcesz
zrobić, kochanie? - pyta, patrząc na mnie z przerażeniem w oczach.
- Coś udowodnić.
Spokojnie, nie będzie mnie bolało. - mówię i odpycham spod nóg stołek. Wiszę,
czując cholerny ucisk w płucach.
- Nie! Robbie, nie! -
słyszę jej krzyk. Zauważam, że zaczyna oddychać coraz szybciej i łapie się za
brzuch.
Próbuję się uwolnić,
aby tylko jej nie denerwować jeszcze bardziej, ale w tym momencie papier pęka i
spadam z hukiem na ziemię. Moja dawniej złamana noga odzywa się mocny,
pulsującym bólem, który czuję też w kręgosłupie i czaszce. Obraz zaczyna mi się
rozmazywać, a po chwili zapada wszechogarniająca ciemność.
Wiem, że nie powinno mnie to śmieszyć, ale się zaśmiałam 😂 Sprawdzę wytrzymałość superwytrzymałej Moli wieszając się i "nie umierając ponownie" - życzę szczęścia, Doktorku! 😀
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i czekam na jutro. Może w końcu mu się coś uda... ;)