*13 lat wcześniej*
- Robbie! - woła
wściekły tata.
Wchodzę nieśmiało do
pokoju i spoglądam na niego niepewnie. Panuje między nami niezręczna cisza.
Widzę w jego oczach złość, okropną złość. To mnie przeraża.
- Przepraszam. -
szeptam.
- Jakie przepraszam!?
Ty wiesz co zrobiłeś!? - krzyczy na mnie.
- Ale... Ale to nie
moja wina... Przypadkiem... Piłka uderzyła nauczyciela, bo... Bo wszedł do sali
kiedy rzucałem do kolegi... - tłumaczę.
- Jasne... Wszyscy
wiedzą, że go nie lubisz! Ty mały gnojku! - uderza mnie w twarz.
Skulam się na podłodze
pod kanapą. Boję się go.
- I co, szczeniaku!?
No co!? - sztura mnie butem.
- Co Ty wyprawiasz!?
Zostaw go! - mama wpada do pokoju i podnosi mnie z ziemi. - Nic Ci nie jest,
Robbie, skarbeńku? - pyta, z czułością głaszcząc mnie po głowie.
Wtulam się w nią
mocniej, a pojedyncze łzy spływają mi po policzkach. Od dłuższego czasu ojciec
jest agresywny wobec mamy, siostry, a zwłaszcza mnie. To straszne.
*teraźniejszość*
- O czym tak myślisz
kochanie? - pyta Rena, przytulając się do moich pleców.
- O piosence. -
kłamię. Myślę o tym co było. Ciągle to do mnie powraca.
- Jest cudowna,
kochanie. - cmoka mnie w policzek i siada obok. - Co powiedział menager?
Widziałam, że był bardzo zły.
- Powiedział? On na
mnie nakrzyczał. Nie pochwala tego co robię. - odpieram i biorę do buzi kęs
wegańskiej bułki z wege dżemem.
- Głupi. - wzdycha Re
i zjada trochę swojej sałatki. - I sobie pomyśleć, że tacy ludzie mają kierować
naszym życiem... Bezsens. - kontynuuje, wymachując widelcem. - Wiesz... Może
rzeczywiście bez nich kariera się nie rozkręca lub bardzo powoli, ale skoro ja
już jestem na szczycie... Wyswobodźmy się spod tego całego meganamentu. -
proponuje.
- To... Całkiem
niezły pomysł, Re. - uśmiecham się do niej. - Będziemy nagrywać co chcemy, z
kim chcemy i będziemy już zawsze decydować o sobie. - gestykuluję. - A pierwsze
co zrobimy jak tylko opuścisz Modest to weźmiemy ślub.
- Może... - mruga do
mnie okiem i splata swoje palce z moimi. - Wiesz, że bardzo Cię kocham?
- A Ty wiesz, że ja
Ciebie? - całuję ją namiętnie w usta.
Może i jesteśmy
różni, a początki nie były łatwe to bardzo ją kocham i nie wyobrażam sobie
życia bez niej.
- Widziałam dzisiaj
twoją siostrę... - zaczyna Re. - Była na mieście z mamą i babcią. Pogadałyśmy
chwilę. Babcia bardzo chce byś ich odwiedził. Stęskniła się za swoim
wnuczkiem...
- Ja za babcią też...
Ale nie wiem czy to dobry pomysł, abym ich odwiedził... - odwracam wzrok.
- Wiem, że nie jest
Ci łatwo, ale chociaż spróbuj. - gładzi mnie po ramieniu. - Jesteś wspaniały,
silny i kochany, pamiętaj o tym.
- Dzięki Re. Gdyby
nie Ty, to ja już nie wiem co by było. - wstaję od stołu i podchodzę do niej,
aby zamknąć ją w mocnym, długim uścisku.
- Nie, nie, nie...
Tylko nie bij...
- Robbie,
spokojnie... - czuły głos Re wybudza mnie ze snu.
- Co...? Co się stało?
- pytam zdezorientowany.
- Śniło Ci się coś
złego. Mamrotałeś coś i strasznie się kręciłeś. - wyjaśnia, delikatnie
głaszcząc mnie po ramieniu.
- Znowu to wraca.
Cholera. - podnoszę się do pozycji siedzącej.
- Będzie dobrze,
kochanie. - Re przytula się do moich pleców. - Razem damy ze wszystkim radę. -
cmoka mnie w polik.
- Masz rację, słońce.
- uśmiecham się do niej. - Kocham Cię i dziękuję, że jesteś. - kładę się z
powrotem i obejmuję ją ramieniem. - Dobranoc. - całuję ją i wtulam w nią głowę.
Mam tylko nadzieję,
że reszta nocy minie całkiem spokojnie.